poniedziałek, 19 września 2016

kanion antylopy i prysznic, roadtrip, dzień szósty, stany zjednoczone

Budzimy się rano jeszcze w Utah i najbliższą drogą jaką nam wskazuje GPS jedziemy do Arizony, gdzie mamy zamówioną wycieczkę w Page. Okazuje się, że najbliższa trasa jest krętą drogą pożarową nad urwiskiem, 10% w dół. Widoki mamy piękne, ale mały dreszczyk emocji też jest, gdy na tej wąskiej dosyć trasie na zakręcie mija nas ogromna ciężarówka, pędząca ile się da. Swoją drogą, brawa dla kierowcy, który tym ogromnym autem jechał pod górę. 



Mijamy Meksykański Kapelusz (Mexican Hat), czyli skałę o takim imieniu i jedziemy do Monument Valley, znane na całym świecie z powodu częstego występowania w amerykańskich filmach. Widok jak z pocztówki, zatrzymujemy się nawet na chwilę, ale musimy pędzić, bo o 10:30 musimy być w biurze, żeby odebrać bilety wstępu. Dojeżdżamy na miejsce (Ken's Guided Tour) równo o czasie, ogromna kolejka, ale docieramy do kasy przed 11:00 i okazuje się, że jest godzina 10:00, a my mamy jeszcze godzinę, bo w Arizonie zmienia się czas na godzinę do tyłu. Jemy więc pyszne meksykańskie lody dla ochłody, bo jest gorąco. Nie ma tam żadnej fontanny do uzupełnienia wody, więc o to trzeba zadbać wcześniej.

Mexican Hat

Monument Valley



 Ale zaraz, zaraz, chyba nie wspomniałam gdzie się wybieramy! To jedno z miejsc, które były na mojej liście - Kanion Antylopy (Antelope Canyon) - bardzo fotogeniczne miejsce. Jest to kanion, który ciągnie się pod ziemią i do wyboru mamy dwa jego odcinki Upper (wyżej położony) i Lower (niżej położony). Cenowo są do siebie zbliżone, a przewodniki twierdzą, że wyglądają również podobnie. My wybieramy ten niżej położony, i jesteśmy przygotowane, żeby zapłacić $48, bo o tylu wspominała znajoma, która już tam była. O dziwo, płacimy $8 za wstęp na teren Indian plemienia Navajo (więc nasza cudowna karta America the Beautiful tu nie działa) i $20 za wycieczkę. Za parking płacić nie musimy, jest w cenie. Jesteśmy bardzo zadowolone z ceny, bo choć raz jest taniej niż w przewidywaniach. Wybija 11:00 i ustawiamy się w kolejce, która składa się głównie z azjatyckich turystów, i która ciągnie się wężykiem na upalnym słońcu. W końcu jest nasza kolej i schodzimy w dół po parunastu schodów. I tu zaczyna się bajka. Skały są tak piękne, że nie możemy oderwać oczu ani aparatów.  Kolory mieszają się, cień układa się w różne wzory, nawet ptasie odchody (które niestety czasami się pojawiają i psują zdjęcia) wpasowują się czasami. Nasi przewodnicy podpowiadają nam gdzie stanąć, żeby robić dobre zdjęcia, czasem robią nam zdjęcia i jedyne co psuje tą bajkową atmosferę jest chodzenie gęsiego, bo ten kanion jest odwiedzany przez masę ludzi. Ale mimo to, naprawdę warto. Spacer trwa około półtora godziny, a zdjęć można napstrykać setki.















Kanion Antylopy znajduje się w miasteczku Page w Arizonie. Jest tam dużo więcej miejsc do zwiedzenia - Horseshoe Bend, gdzie rzeka bierze zakręt w kształcie podkowy; jezioro Powell, po którym planowałyśmy kajaki, ale przyjechałyśmy za późno; tama Glen i ciut dalej Kanion Marble, gdzie znajduje się most plemienia Navajo nad rzeką Kolorado. 

Horseshoe Bend

Glen Dam

Rzeka Kolorado


Most Navajo - jeden dla pieszych, jeden dla zmotoryzowanych

I to właśnie przy tym moście znajdujemy rest area, gdzie będziemy spać. Nie ma tam wody, bo znajdujemy się na bardzo suchych ziemiach, gdzie każda kropla wody ma wielkie znaczenie, ale to nie problem, bo mamy płyny dezynfekcyjne. Jedziemy tylko na stację benzynową uzupełnić zapasy i... nie wierzymy własnym oczom - prysznic turystyczny! Postanawiamy skorzystać następnego ranka, żebyśmy były świeże na dalszą trasę. Dla przypomnienia, jest to nasz pierwszy prysznic od tygodnia, za jedyne $2.5 i trwa on równe 5 minut, po których woda przestaje lecieć. Idealny czas, żeby umyć głowę i siebie. Można tam również naładować urządzenia elektroniczne, a także zrobić pranie. My aż takich luksusów jednak nie potrzebujemy. I ruszamy w dalszą drogę.




poniedziałek, 12 września 2016

odkopujemy dinozaury, roadtrip, dzień piąty, stany zjednoczone

Pierwszy raz od Chicago, jesteśmy w większym mieście, nie licząc krótkiego postoju w Denver, gdzie odbierałyśmy koleżankę. Tym razem z chęcią zwiedzamy miasto - Salt Lake City. Jest to jedno z miast, gdzie zawsze jest pod górkę, wszędzie są góry, za to są piękne. Miasto jest otoczone górami zewsząd.



SLC to miasto mormońskie. Są dosłownie wszędzie, a ich główna katedra to dzieło architektoniczne. Stoi w samym centrum miasta i najlepiej przyjechać w niedzielę, gdzie całe tłumy w białych koszulach idzie do kościoła. Wstęp na terytorium kościoła jest wzbroniony, a przynajmniej nie witają chętnie obcych, a szkoda, bo chętnie przeszłybyśmy się po ogrodach w budynku. Z zewnątrz można podziwiać fontannę z najwyższego punktu świątyni. 



Nieopodal stoi za to kościół katolicki, któremu również nic nie brakuje. No może fontanny. 


Dawno nie widziałam tak czystego miasta. Nie wiem czy mormoni mają coś z tym wspólnego, ale jeśli tak, to zapraszam do Katowic. Nigdzie nie ma śmieci. Jest zielono i wręcz radośnie. Tak jak powinno być.





W informacji moja przyjaciółka dowiaduje się, że gdzieś nieopodal są szczątki dinozaurów (Dinosaur National Monument). No tego jeszcze brakowało, bo to chyba największa fanatyczka dinozaurów jaką znam. No i nie było odwrotu, musiałyśmy wsiąść do auta i zboczyć z trasy o dwie godziny, oglądać szkielety. Zdążyłyśmy tam w ostatnim momencie i załapałyśmy się na ostatnie wejście. Hurra. Wjazd kosztował $20, ale można było wejść na naszą cudowną kartę. I tak sobie chodziłyśmy oglądając kości w skale. 




poniedziałek, 5 września 2016

w poszukiwaniu misia Yogi - Yellowstone i Grand Teton, roadtrip, dzień czwarty, stany zjednoczone

Jak zwykle śpimy w aucie, ale już w trzy osoby, więc jest ciut ciaśniej. Ja nie narzekam, bo mimo, że nie jestem kierowcą, to śpię z tyłu, gdzie mam najwięcej miejsca. Wcześnie rano wstajemy i po krótkim odświeżeniu (jakoś trzeba wyglądać!) na rest area jedziemy do Yellowstone szukać misia Yogi. Wstęp do parku jest drogi ($30, chyba, że macie kartę America the Beautiful), ale obejmuje on dwa parki narodowe - Yellowstone i Grand Teton. Planowo wjeżdżamy od strony wschodniej, a dalej robimy prawie cały objazd w parku, odpuszczamy tylko jedną część i wyjeżdżamy na południe prosto na Grand Teton. Na wstępie wita nas zimno i ... śnieg! No tak, jesteśmy na dosyć dużej wysokości, więc nawet nie wiem czemu nas to zdziwiło. Wychodzimy z auta robić aniołki na śniegu, ale ten okazuje się twardy i chodzimy po nim prawie jak Jezus po wodzie.




Celem naszej wycieczki są ładne widoki i zobaczenie jak największej liczby "dzikich" zwierząt. Cudzysłów stąd, że te zwierzęta są tak przyzwyczajone do widoku ludzi, że mają ich gdzieś i chodzą przed samochodami. Nie dają się pogłaskać, na to nie liczcie. Na naszej liście ląduje: grizzly, niedźwiedź brunatny, łoś, buffalo (odpowiednik naszego żubra) i jeleń wapiti. Znajdujemy je (prawie jak Pokemony) prawie wszystkie! Nie udaje nam się znaleźć jedynie łosia. Nie jest to jakieś szczególne osiągnięcie, bo zwierzęta są dosłownie wszędzie. Raz nawet stoimy w korku, bo niedźwiedź brunatny jak gdyby nigdy nic chodzi sobie po łączce przy trasie, ludzie wysiadają z auta i robią zdjęcia, a strażnicy leśni robią co mogą, żeby żaden turysta-idiota nie został kolacją misia Yogi. 






Yellowstone jest piękne. Ogrom tu pięknych widoków, szlaków turystycznych czy wybuchających gejzerów. Wszystko jest dostępne w pięć minut po wyjściu z auta, więc nie męczymy się bardzo. Wszędzie wytyczone są trasy, chodzi się po drewnianych pomostach, a wykroczenie z nich grozi przynajmniej spaleniem nogi, gdyż temperatura ziemi jest wyjątkowo wysoka.














 

Najbardziej cieszyłam się, że zobaczę kolorową dziurę czyli Midway Geyser Basin. Jest to jedno z najbardziej fotogenicznych miejsc w tym parku, bo kolory wody i ziemi przechodzą od pomarańczowego przez żółty i zielony do głębokiego niebieskiego. Gdy docieramy na miejsce... wszystko jest zasnute mgłą, która co więcej leci cały czas w naszym kierunku i nie widzimy nic. Co jakiś czas wynurza się kawałek pomarańczu, widzimy troszkę jeszcze żółtego, ale to wszystko. Próbujemy przeczekać, ale musiałybyśmy czekać prawdopodobnie jeszcze z jakiś miesiąc, żeby pogoda się unormowała. Zrezygnowane jedziemy na Old Faithful, czyli punktualny gejzer, który wybucha co 30 minut. Można na niego na tyle liczyć, że dookoła zostały wybudowane ławki. Czekamy i czekamy. Coś wylatuje z ziemi, ale nie na to liczymy. Ku naszemu zdziwieniu, w oddali, wybucha inny gejzer. I to tak porządnie, przynajmniej na 60 metrów wzwyż i litrami wody. Żałujemy trochę, że nie jesteśmy tam, ale Old Faithful nie zawiódł i w końcu wybuchł. 







Kończymy przygodę z Yellowstone (spędzamy tu tylko jeden dzień, ale mamy napięty plan wycieczki) i zachód słońca oglądamy już w Grand Teton. Są to piękne góry i jezioro. Planujemy tam spać, ale nie znajdujemy miejsca, gdzie można legalnie zaparkować auto. Więc jedziemy dalej i utykamy w korku utworzonym przez stado buffalo, które stoi sobie na drodze i ani myśli, żeby zejść. Po dobrych dwudziestu minutach czekania, zostają przepędzone z drogi.







Jesteśmy już mega głodne, a że akurat dojeżdżamy do Jackson Hole. Mała, ale niezwykle urokliwa mieścina ma w swoim menu hamburgera z buffalo, którego zamawiamy wszystkie i który jest całkiem smaczny. W mieście staramy się nie spać, więc ruszamy dalej w drogę. Miejsce do spania (nielegalnie) udaje znaleźć nam się dopiero bardzo późną nocą, więc padamy jak muchy, tylko, żeby zostać przebudzone (przeze mnie, przez przypadek włączyłam alarm...) o piątej rano. Czego dziewczyny chyba do dzisiaj mi nie wybaczyły.