poniedziałek, 17 października 2016

salutujemy generałowi i mgła przykrywa wszystko, roadtrip, dzień jedenasty i dwunasty, stany zjednoczone

Rano budzimy się w koszmarnym pokoju, więc szybko pakujemy się, a ja lecę na stację benzynową po mleko czekoladowe na śniadanie. Chcę płacić kartą. I tu ważna uwaga, jeśli wybieracie się do Stanów Zjednoczonych, to warto założyć konto w BZ WBK, do którego jest karta (w ING nie ma, albo przynajmniej nie było parę lat temu jak wyjeżdżałam po raz pierwszy). Konto i karta jest za darmo jeśli na koncie znajduje się powyżej 20 dolarów. Z tym nie ma problemu, natomiast czasami są problemy z kartą. Jest to karta debetowa, natomiast czasami w sklepie wchodzi jako kredytowa, czasem jako debetowa, a czasami w ogóle i trzeba płacić gotówką. Zawsze jak nią płaciłam, to po wpisaniu PIN-u, trzymałam kciuki, żeby przeszło. Tak też było i tym razem. Kobieta (?) na kasie bez brwi za to z toną brokatu na twarzy, wyglądająca jak po dobrej, trwającej tygodniami imprezie, mówi, że karta nie wchodzi. Próbowałam parę razy, poddaję się i płacę gotówką. I pani (?) nagle zmienia głos i zaczyna na mnie (nikogo innego nie było) krzyczeć: 'Ya gon' regret it! (Pożałujesz tego!), więc nie czekam nawet na resztę z dwóch dolarów i wybiegam ze sklepu zanim wyciągnie piłę łańcuchową i historia źle się skończy. To była jedyna "groźna" historia jaka spotkała mnie w Stanach, to dosyć bezpieczny kraj. Już bezpiecznie siedzę w aucie i jedziemy dalej, do parku narodowego sekwoi. Park jest połączony z Królewskim Kanionem (King's Canyon) i jest to obszar dosyć... zalesiony. Sekwoje są piękne, uczymy się trochę o warunkach jakie potrzebują, żeby rosnąć, ale nie spędzamy wiele czasu na spacerach. Pędzimy do największego drzewa w parku - nazwanego imieniem generała Shermana. Robi wrażenie.




Generał Sherman



Nie spędzamy tam za dużo czasu, jedziemy dalej na Big Sur, o którym również była mowa już wcześniej. Zjeżdżamy w dół bardzo krętą drogą i ścigamy się z rowerzystami, które są zaraz za nami. 


Jest piękna pogoda, słońce świeci... do czasu. Gdy tylko dojeżdżamy do Cambri, gdzie zaczyna się Big Sur, czyli autostrada wzdłuż oceanu, wszędzie jest mgła. Nie widać kompletnie nic, przez co decydujemy się na kolejną noc w aucie, gdzieś na postoju (na pewno nielegalnie, śpimy jednak nie molestowane przez nikogo ani nic, oprócz widoku). 


Rano mgła schodzi tylko trochę, ale widać przynajmniej wodę. Znów zaglądamy do parku Julii Pfeifer Burns, gdzie widok jest jak na rajską wyspę.




Jedziemy do San Francisco, gdzie zostawiamy Kasię i obie z przyjaciółką jedziemy do Reno, gdzie oficjalnie kończymy naszą wycieczkę. Przejeżdżamy 5167 mil czyli 8315,5 kilometra. Mijamy siedem dużych miast (Chicago, Denver, Salt Lake City, Fresno, Las Vegas, Reno i San Francisco), przejeżdżamy przez 11 stanów (Illinois, Wisconsin, Minnesota, South Dakota, Wyoming, Idaho, Colorado, Arizona, Utah, Nevada i California) i wiele małych mieścin. Zwiedzamy około dziesięciu parków narodowych i stanowych, przejeżdżamy przez ziemie indiańskie i poznajemy prawdziwych Indian. Niezapomniana podróż. Życzę każdemu z Was (a przynajmniej tym, którzy chcą), żeby przynajmniej raz w życiu taką odbyli.


poniedziałek, 10 października 2016

miasto duchów i tęczowe wodospady, roadtrip, dzień dziesiąty, stany zjednoczone

Do jeziora Mono (Mono Lake) dojeżdżamy wcześnie rano jeszcze nie wybudzone. Jezioro Mono jest bardzo słone, można próbować. Powiedziano nam również, że śmiało można się kąpać, ale jakoś szkoda było psuć te wszystkie mikrosystemy. Wody spróbowałyśmy, nie taka najgorsza. Jednak nie po to przyjechałyśmy, żeby wodę próbować, ale by podziwiać tufowe formacje skalne, które wystają z jeziora wraz z dwoma wulkanicznymi wyspami, co sprawia wrażenie, że Loch Ness wynurza się z wody. Wokół pełno zajęcy, jeden nawet nas śledził i gonił. Nie wiem jak Mono Lake wygląda po południu, czy jest więcej ludzi, ale rano nie było nikogo, dzięki czemu nikt nam nie psuł zdjęć.







Następny nasz przystanek jest bardzo blisko. Bodie - miasto duchów. Żeby tam dojechać, jedziemy wąską drogą pożarową, kamienie nam się sypią spod kół, i tak przez 40 minut. Wstęp kosztuje $8, dokupujemy jeszcze broszurkę z historią miejsca za $2. Jest około godziny 10:00, a już robi się tłoczno. Chodzić po miasteczku można wolno, bez przewodnika, większość domków jest jednak zamknięta, więc zdjęcia robi się przez szybę. Do paru i do kościoła śmiało można wejść. 





Miasteczko przypomina rodem wyjęte z westernu i w głowie się nie mieści, że istnieje już od 1859 roku, a opuszczone zostało w 1942. W czasach świetności mieszkało tu około 7.000 osób, ale miasteczko spłonęło parę razy i wygląda na bardzo małe, zachowało się jedynie 10% z tego, co było tu dawniej (a było przynajmniej 50 salonów!). Najważniejsze dla nas jednak jest to, że wszystko zostało zostawione tak, jak wyglądało w momencie opuszczenia miasteczka. Jest to park stanowy, i pracują tam konserwatorzy nad stanem, natomiast nie jest sztucznie restaurowane czy układane pod turystów.










Już po wyjeździe z miasteczka, zaczynam się cieszyć, bo jedziemy do mojego ulubionego parku narodowego, Yosemite. To raj dla wspinaczy i tych, którzy lubią dziką naturę, przygodę i chodzenie po górach. Nie mamy na tyle czasu, żeby iść na długie trasy, bo dzisiaj również śpimy w łóżku - we Fresno i trzeba tam dojechać. Jedziemy więc główną drogą wewnątrz parku i zatrzymujemy się przy Tuolomne Meadows (Łąkach Tuolomne, plemię indiańskie) i jemy tam lunch na trawie z pięknym widokiem. Przy okazji czytamy broszury o parku. Yosemite był kiedyś częścią ziem indiańskich, a ci tylko gdy wrócili po pewnym czasie w to miejsce załamali tylko ręce nad tym co biały człowiek zrobił z tymi ziemiami. Mimo, że jest to park narodowy, a także jedno z ulubionych miejsc John'a Muir, który walczył aż do śmierci, by zachować dzikość Yosemite i pasma górskiego High Sierra, to wciąż trafiają się przygłupi turyści, którzy wyrzucają śmieci na trawę zamiast do koszy, bo nie chce im się otworzyć zabezpieczenia przed niedźwiedziami, czy dokarmiają dzikie zwierzęta. Dlatego zbierając się z naszego lunchu zbieramy wszystko, co do ostatniego okruszka i idziemy na krótki spacer pod wodospady.







Pniemy się cały czas do góry, tam gdzie leży śnieg, żeby zobaczyć Yosemite z góry. Krótki spacer jest w okolicach Glacier, do którego dosyć długo się jedzie. Ale to co zobaczycie wynagradza wszystko.






Po drodze w parku wstępujemy na pizzę i jedziemy prosto do motelu. Gdy otwieramy drzwi, naszym oczom ukazuje się sceneria żywcem wyjęta z lat osiemdziesiątych z niskobudżetowego horroru. Koszmarna tapeta, jeszcze gorszy dywan, telewizor pudło i telefon, którego nie widziałam od przynajmniej dziesięciu lat - taki do wykręcania numeru. Ale są dwa ogromne łóżka i gorąca woda. A to wszystko czego potrzebujemy.



poniedziałek, 3 października 2016

witamy w piekle, roadtrip, dzień dziewiąty, stany zjednoczone

Trochę się ociągamy z wyjechaniem - w końcu mamy łóżko i prysznic. Ale kiedyś trzeba ruszyć w dalszą trasę. Zaczynamy od bardzo obfitego śniadania w Denny's, żeby starczyło na prawie cały dzień. Przez to jedziemy przez Strip'a w dzień i to zupełnie inne miasto. Zauważamy po raz pierwszy kapliczki, gdzie można się szybko pobrać, a ślubu udzieli nam Elvis Presley. Jedziemy prosto do piekła. 


W Las Vegas jest ciepło i parno, ale na pustyni jest jeszcze cieplej. Gdy dojeżdżamy do Death Valley (Doliny Śmierci) jest 121 stopni Fahrenheita, czyli 49.4 stopnie Celsjusza. Jest tak gorąco, że pocą się nam nawet włosy i łydki. Co dziwne wiatr wieje ostro, ale w ogóle się go nie odczuwa, bo on też jest gorący. Dziewczyny chętnie z auta nie wychodzą, ale trafiamy w miejsce, które znam z filmu Antonioniego - Zabriskie Point, więc zmuszam je na krótki spacer, podczas którego roztapiamy się, a pot leje się strumieniami. 







Miejsce to było dawno temu terenami kopalnianymi i podobno istnieją ciągle wejścia do kopalni, natomiast potem zostało to przekształcone w tereny turystyczne - parkiem narodowym zostało jednak dopiero w 1994 roku. Gdy wjeżdżaliśmy nie musiałyśmy pokazywać nawet karty, bo nikogo w budce nie było. Kartę pokazywałyśmy dopiero przy wyjeździe, gdzie znajdywała się informacja oraz sklep z pamiątkami, który został zamknięty nam tuż przed nosem. Amerykanie są bardzo restrykcyjni jeśli chodzi o ich godziny pracy. Jeśli jest napisane, że sklep jest czynny do piątej po południu, to równo o tej godziny będzie on zamknięty. W barze nie siedzi się do ostatniego klienta, tylko o konkretnej godzinie, klientów wyprasza się na zewnątrz. I chociaż mnie, jako turystce czy klientce to nie w smak, to chciałabym, żeby w Europie też tak było. Nieraz pamiętam jak musiałam siedzieć za barem, żeby obsługiwać ostatniego klienta pół godziny po oficjalnym zamknięciu w Barcelonie. Trudno, pamiątek nie kupujemy, za to jedziemy dalej na wydmy piaskowe i pustynię. Po drodze mijamy hotele jeszcze na terenie parku. To chyba jedyne miejsce, gdzie na pewno nie chciałabym zostać. 





Krętą drogą jedziemy w okolice Mono Lake (Jeziora Mono) już w Kalifornii, ale nie udaje nam się dojechać. Zatrzymujemy się na rest area niedaleko, gdzie śpimy niespokojnie ze względu na bliskie towarzystwo niedźwiedzi.