Pokazywanie postów oznaczonych etykietą #europa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą #europa. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 24 lipca 2017

co ma wspólnego praca na infolinii z podróżowaniem, hiszpania

Właściwie to nic, ale pozwala mi opłacić podróże, czyli wszystko. Niestety, podróże są drogie, a nie wszyscy znajdują pracę, która pozwala być cały czas w podróży. Dlatego pracuję - jadę i tak w kółko. Gdy byłam jeszcze na studiach, pracowałam w barach i restauracjach. Tym razem, przez siedem miesięcy siedziałam na telefonie dla znanej firmy związanej z modą. I każdy dzień pracy przynosił parę przykładów ludzi, przez których jak najchętniej wsiadłabym w samolot i jechała w siną dal, najlepiej tam gdzie nie ma ludzi ani zasięgu. 

Dzisiaj mało podróżniczy post, bo chciałabym podzielić się właśnie paroma przykładami spraw z klientami, jakimi te siedem miesięcy zaowocowały, a raczej radami. Ku przestrodze.

#1 Nie przeklinaj. Tak, zdarza się, że konsultant zostaje nazwany "głupią c*pą", bo działa zgodnie z regulaminem. Nie ważne jak bardzo jesteś wkurzony, im bardziej krzyczysz i przeklinasz, tym mniej mamy ochotę pomóc. I jeśli tak bardzo chcesz się popisać przed sobą, że nazwałeś konsultanta w nieuprzejmy sposób, miej na uwadze, że się rozłączymy. I nic nie załatwisz, dopóki się nie uspokoisz.

#2 Nie kłam. Wszystkie rozmowy są zapisywane, więc daruj sobie wymyślanie historii, że nikt do ciebie nie oddzwonił, że zostało ci obiecane coś, czego nie możemy zrobić. I tak to znajdziemy.

#3 Nie denerwuj się. Rozumiem, zdarzają się sytuacje, że masz powód. Bywało tak, że sama nie mogłam uwierzyć w to, że twoje zamówienie nie dotarło do ciebie przez miesiąc. Wszystko da się załatwić na spokojnie. Pamiętaj, że media społecznościowe mają potężną moc, a wszystkie firmy dbają o swój wizerunek.

#4 Oddzwonimy. Jak obiecujemy, to tak zrobimy. Czasem to trochę trwa. Ale dzwonienie co godzinę nic nie daje, bo automatycznie twoja sprawa jest przesuwana na koniec kolejki. 

#5 Nie dzwoń z pierdołami. Naprawdę wszystkie informacje są na stronach internetowych. Te pięć minut, które tracisz na znalezieniu numeru na infolinię, możesz spędzić na szukaniu interesującej cię informacji. 

#6 Nie groź. "Już więcej nie kupię w waszym sklepie!". Ohnie, złamałeś mi serce.

#7 Z cudami zwróć się do kościoła. Jak się nie da, to się nie da, cudotwórcami nie jesteśmy. Komputer nie daje ci przejść do kolejnego kroku zamówienia? To problem twojego komputera, nie strony. Usuń historię przeglądania, ciasteczka i nie zawracaj gitary.

#8 Daruj sobie hasło "płacę - wymagam". Termin dostarczenia zamówienia jest dość umowny i traktowałabym go raczej jako wskazówkę. Jeśli jest śnieżyca, a ty siedzisz w domu z herbatką przy kominku, nie wymagaj, że kurier będzie odgarniał sobie drogę do twojego domu łopatą, bo ty musisz to dostać przed sobotą. Jak ja uwielbiałam ludzi dzwoniących, ponieważ w czwartek zamówili ciuszek na sobotę na ślub. Więcej organizacji z twojej strony też nic nie zaszkodzi. 

#9 Uśmiechnij się. Nie, nie jesteś w ukrytej kamerze. Ale pamiętaj, że na wesoło przyjemniej załatwi się wszystko - i mnie, i tobie. 

Każdy konsultant pamięta swojego pierwszego histerycznego klienta. Ja pamiętam panią, która płakała do słuchawki, bo nie zdążyła kupić swetra na wyprzedaży. Pana, który zgubił paragon wymagany do zrobienia zwrotu, podobno nawet na mnie naskarżył, bo nie wysłałam mu kopii (nie posiadamy jakichkolwiek kopii, jeśli zakup jest w sklepie fizycznym), ależ on krzyczał. Pana, który obraził się, bo nie otwarliśmy dla niego zegarmistrza w sklepie. Zdarzają się też fajni klienci - mnie przychodzi na myśl tylko starsza pani, z którą wisiałam na słuchawce dobre pół godziny, tłumacząc jej jak zrobić zakup online, a przede wszystkim jej radość, gdy udało jej się złożyć to zamówienie.

Nie jest to praca marzeń, ale mnie pomogła spełnić moje marzenie o Patagonii. Nauczyła mnie też rozmawiania z ludźmi i chyba byciem bardziej otwartą. A także wyłączania się podczas słuchania bzdur (bardzo użyteczne, gorzej, gdy potem następowało pytanie). 

Podsumowując, kiedyś trafiłam na bardzo dobry komentarz na temat krzykliwych i histerycznych klientów. Gdy następnym razem będziecie dzwonić na infolinię, pamiętajcie, że traktując konsultantów źle, stajecie się w momencie żartem między nami. To o was opowiadamy naszym znajomym i rodzinie zmieniając głos i przedrzeźniając. Naprawdę chcesz być tym kimś?

poniedziałek, 10 lipca 2017

imiona hiszpańskie, hiszpania

Anegdota z mojego dzieciństwa: mama chciała mnie nazwać Carmen, ale że imię nie kończyło się na -a to nie mogła tego zrobić. Cały czas się z tego śmiałam, że za dużo seriali się naoglądała, że miałabym ciężko w szkole, że wszyscy by się ze mnie śmiali. Śmiałam się do momentu, gdy za granicą zaczęli próbować wypowiedzieć moje imię. Tyle wersji Małgorzaty ile się nasłuchałam pozwoliłyby mi napisać książkę. Drugie tom mogłabym poświęcić krótszemu Gosia. Ile ja bym teraz dała, żeby nazywać się Carmen!

Jako, że modne jest nadawanie teraz imion zagranicznych dzieciom, podsunę wam parę pomysłów prosto z Hiszpanii i Ameryki Łacińskiej. Z bardziej oklepanych imion mamy oczywiście Jose, Juan, Alvaro, Maria czy oczywiście Enrique. Te imiona znamy, bo codziennie słuchamy ich piosenek w radiu. Celem dzisiejszego postu jest przedstawienie imion dziwniejszych, rzadziej spotykanych oraz moich ulubionych.

Męskie:

  • Adolfo. Hiszpanie traktują to imię zupełnie bez podtekstów. 
  • Jesus, wbrew pozorom wcale nie tak rzadkie imię. Mam do niego mieszane uczucie, trochę jednak dziwnie bym się czuła umawiając się z takim Jezusem.
  • Modesto, nie znam nikogo o tym imieniu, ale obiło mi się kiedyś o uszy, oznacza skromny. 
  • Domingo. Nie wiem dlaczego nazywać swoje dziecko niedziela. Ale można.
  • Bienvenido. Początkujący z językiem hiszpańskim na pewno kojarzą słówko, często spotykane na... lotniskach. Oznacza dobrze przyjęty, ale również witamy.
  • Delfin. Wersja żeńska jeszcze do zniesienia. Delfin był niegdyś kojarzony z Chrystusem i dlatego uznano, że jest to dobry wybór na imię.

Żeńskie:


  • Africa, dużo tłumaczenia nie trzeba. W Hiszpanii można nosić imię jak cały kontynent.
  • Mercedes. Nie, nie po aucie. Pochodzi z łaciny, oznacza przebaczenie.
  • Dolores - dosłownie oznacza bóle. Chodzi o siedem bóli Matki Boskiej.
  • Covadonga, brzmi egzotycznie, ale pochodzi od łacińskiej jaskini panny. 
  • Piedad, jak większość imion również pochodzenia religijnego, oznacza pobożność. Znacznie wolę skrót Pia.
  • Encarnación, przyznam, że nie znoszę tego imienia szczerze, bo za bardzo mi się z mięsem kojarzy (carne - mięso), po polsku inkarnacja.
  • Rosario - bardzo popularne. Dosłownie oznacza różaniec.
  • Eeeeee, Macarena! Imię pochodzi z Andaluzji, prawdopodobnie od nazwy jednej z bram.
  • Iva, imię całkiem przyjemne, ale po hiszpańsku oznacza podatek.
  • Zdecydowanie moje ulubione - Inmaculada Concepción, oraz jego warianty - Inma, Concha. Oznacza niepokalane poczęcie. To chyba bym już wolała randkę z Jezusem.

Mam za to parę ulubionych imion, dla dziewczyny jest to zdecydowanie Amaya, a drugie Damaris. Z męskich zawsze urzeka mnie nasz Piotrek, czyli Pedro, i Jorge, zwłaszcza wymawiane z katalońskim akcentem. 

W Hiszpanii bardzo często przedstawiam się Rosa - czyli Róża. Nie żebym chciała, ale gdy mówię Gosia, a tak zazwyczaj się przedstawiam, Hiszpanie słyszą właśnie Rosa. Po paru razach po prostu się poddałam. Choć nie uważam, żeby to imię w jakikolwiek sposób do mnie pasowało.


poniedziałek, 26 czerwca 2017

montserrat po raz drugi, hiszpania

O Montserracie już było około roku temu. Piękna góra, która wystaje pośród niczego godzinę drogi od Barcelony. Za pierwszym razem troszkę pogoda się nie udała, a że teraz trafiła się okazja, to czemu nie pojechać drugi raz. Tym razem pogoda piękna, widać było aż wzgórze Tibidabo. 


Dzięki dobrej pogodzie, dużo więcej jest turystów, więc trzeba uzbroić się w cierpliwość. Tradycyjnie już wjeżdżałam żółtą kolejką górską. Zdecydowanie więcej tłumu ustawia się tutaj, ale kolejka zabiera do trzydziestu osób, więc w sumie po 40 minutach już byłam u góry. 


Niedziela to dobry dzień na wycieczkę na Montserrat. Od razu atmosfera bardziej wyniosła i klasztorna. Na placu klasztornym odbywał się akurat pokaz tańców katalońskich. Nie wiem czy takie pokazy są organizowane co niedzielę, na pewno co jakiś czas. Taniec kataloński, sardana, to jedna z najnudniejszych rzeczy jakie kiedykolwiek widziałam. Grupy osób zebrane w małe okręgi skaczące w dosyć jednostajny rytm. I nie, nie skaczą tak jak w tańcu irlandzkim. Po dwóch minutach jest tak jakby widziało się cały dziesięciogodzinny pokaz. 


Zamiast wchodzić szlakiem, wjechałam jeszcze wyżej drugą kolejką (wjazd i zjazd kosztuje 12,5 euro). Tam już zaczynają się dwa szlaki - z powrotem do klasztoru, bądź po wszystkich pustelniach Montserratu. Na sam szczyt można wejść w 30 - 45 minut, w zależności od tego ile zdjęć się robi. A robi się dużo, bo widoki są przepiękne. 




Na Montserracie warto pamiętać, żeby wziąć raczej swoje jedzenie i swoją wodę, a także że ostatnie kolejki jak i ostatni pociągi odjeżdża chwilę po 18.00 i jeśli przegapimy, niestety, trzeba zostać na noc.


Podobno na górze są kozice i można wypatrzeć jak stoją przyczepione prawie do prostopadłej ściany. Podobno. 


poniedziałek, 12 czerwca 2017

minorka, hiszpania

Kolejny mały wypad na dwa dni na Baleary. Z Barcelony lot trwa 30 minut, ale musimy wliczyć również czas postoju, około 20 minut. Czyli w niecałą godzinę jesteśmy w raju. W porównaniu do Majorki i Ibizy jest znacznie mniejsza i mniej uczęszczana przez turystów. Z jednego końca wyspy na drugi jest 40 kilometrów. Jeśli chodzi o organizację i koszty - za samochód, hotel i bilety w obie strony wyszło nas po 78 euro na głowę (byliśmy w trójkę). Wylot z Barcelony jest o siódmej rano, a powrót o siódmej wieczorem następnego dnia. Hotel z basenem, restauracją, była nawet impreza z niemieckimi piosenkami. Bo właśnie niemieckich turystów jest najwięcej. 



Warto zwrócić uwagę na białe domki, które są wszędzie. Jest to związane z ciepłym klimatem wyspy. Jest to sposób, na to by w domu w lato było chłodniej. 



Północna  i zachodnia część wyspy to plaże skaliste i ciężko rozłożyć się tam wygodnie, jeśli nie jesteśmy fakirami. Widoki są jednak piękne. Wschód jest bardziej rozwinięty i troszeczkę brudniej, Oczywiście musimy podjechać do stolicy wyspy Mahón - Maó. Stolica jest raczej mała i za dużo do zwiedzenia nie ma, więc siadamy na chwilę na piwo. Proponuję również spróbować ensaimady. To wytwór typowy dla Balearów, coś w stylu naszej drożdżówki, ale wypiekana jest w kształcie ślimaka. Najlepsza jest bez nadzienia, a z samym cukrem pudrem. Ale do wyboru jest również krem, czekolada i anielskie włosy. Nie, nie te, które wieszamy na choince w święta, ale krem z dyni. Polecam, ale w małych ilościach, bo jest bardzo słodkie. 



Prawdziwy raj znajdziemy na południu, gdzie możemy jechać od zatoczki do zatoczki. Niektóre są bardziej dostępne i można autem podjechać tuż pod plaże, a do niektórych trzeba troszeczkę podejść. Polecam przede wszystkim Cala Mitjana - idzie się ostro w dół około dwóch kilometrów (wracając niestety ostro w górę), ale widok wynagradza wszystko. Piasek jest bielusieńki, a woda przeźroczysta. Kolejna zaleta jest taka, że nie ma tam prawie w ogóle turystów. 



Wyspa jest mała i dwa dni w zupełności nam wystarczyły, żeby zobaczyć wszystko, bądź prawie wszystko. Jedyne czego mi brakowało to brak drogi objazdowej wzdłuż wyspy - czasami, żeby pojechać od jednej zatoki do drugiej, musieliśmy nadrabiać drogi i wracać do poprzedniego punktu i inną drogą do kolejnej zatoki. 





To jeśli Baleary zaliczone... to może czas na Kanary?


poniedziałek, 8 maja 2017

motorem po katalonii, hiszpania

Tak z ciekawości, macie swoją listę rzeczy, które chcecie zrobić przed śmiercią? Ja oficjalnej nie mam, ale wszystko mam w głowie. I jedną z tych rzeczy właśnie udało mi się wykreślić. Była to wycieczka motorem, oczywiście jako plecaczek. Mam wyjątkowe szczęście, że przyszywany brat zdecydował się mnie zabrać (podobno nie byłam bardzo upierdliwa, ale nie wiem czy nie chciał być po prostu miły). Z Barcelony wyjechaliśmy autostradą na północ i jechaliśmy szybko. Bardzo szybko. Jak szybko boję się napisać, bo wiem, że moja ukochana mama czyta bloga i martwię się o jej zdrowie. Następnie już po miejskich drogach, więc było wolniej, ale zabawniej, bo było dużo zakrętów. Naszym celem było Cadaques, Cap de Creus, a pod koniec dnia udało nam się jeszcze dojechać do Figueras. 


Cadaques. Miejsce wypoczynkowe starszych Katalończyków. Piękna pogoda, słoneczna zatoka, dużo ludzi i późno otwierają kawiarnie. Ale domki i kościół wymalowane na biało są jak z hiszpańskiego snu. Prawdziwy klimat śródziemnomorski. Jest spokojnie, romantycznie i powolnie.


Powoli nie jedziemy my. Dalej na północ, tuż przy granicy z Francją. Cap de Creus. Jest to park naturalny z pięknymi widokami na wybrzeżu. Mały spacer, żeby wyprostować kości (nie wiedziałam, że tak boli tyłek na motorze!) i oczywiście się zgubiliśmy. Znaleźliśmy za to małą zatoczkę, gdzie urządziliśmy sjestę. Trochę głupio, bo nie wzięliśmy żadnego jedzenia, ani nawet wody. Udało nam się w końcu wyjść z labiryntu skał i mega głodni ruszyliśmy dalej.




Figueras. Tam zdecydowaliśmy się zjeść. Dużo, za cały dzień. Cokolwiek by nam zaserwowano, zjedlibyśmy z trzęsącymi się uszami. Obowiązkowy spacer po centrum, do słynnego muzeum Dali'ego. Wejść nie wchodziliśmy, bo trzeba dużo wcześniej rezerwować bilety. Budynek muzeum warto obejrzeć z zewnątrz. Dużo mniejszy niż na zdjęciach, ale i tak robi wrażenie. 


Po Figueras wsiadamy na motor i pędzimy z powrotem na Barcelonę. Już nie jedziemy tak szybko, bo jest korek. Ale moje pierwsze 350 kilometrów na motorze zrobione!

 

poniedziałek, 1 maja 2017

rupit, hiszpania

Mam małą słabość do katalońskich miasteczek, a Rupit jest zdecydowanie najbardziej urokliwym z nich. Na północ od Barcelony i znacznie wyżej, więc klimat jest nieco chłodniejszy. Nie mam bladego pojęcia jak się tam dostać, bo żadnych przystanków autobusowych nie widziałam. Ale zawsze można wynająć auto na weekend i zwiedzić co najlepsze. Ja akurat mam szczęście, że znajomy ma duże auto i organizuje takie spotkania, żeby pochodzić po górach, to skorzystałam.



Plan był prosty - pochodzić, napić się piwa. odpocząć przed kolejnym tygodniem pracy. Zrobiliśmy 9 kilometrów i mogliśmy nacieszyć oczy naprawdę pięknymi widokami. Miasteczko jest maleńkie, mieszka tam nie więcej niż 270 osób, ale jest tak uroczo, że nawet w chłodną niedzielę spotkaliśmy pełno turystów. Hiszpańskich turystów. Inni się tu raczej nie zapuszczają. 




Rupit jest wyjątkowe również, dlatego, że wszystko jest w kamieniu. Pierwsze wzmianki o kościele w miasteczku pojawiają się już w 968 roku. Krajobraz jest nieco surowy i tajemniczy. O poranku mgła przysłaniała niższe części miasteczka, przez co jest to miejsce na romantyczne eskapady. Obowiązkiem jest przejście przez most, który z każdym krokiem trzęsie się, a nad wejściem stoi napis "Do dziesięciu osób". A pod nami piękna rzeka i maleńkie wodospady.





Najlepszym punktem programu był jednak wodospad. Ogromny, który można podziwiać ze specjalnego balkonu. Można też przybliżyć się, ale mnie zabrakło odwagi, żeby podejść na krawędź skały i spojrzeć w dół. 90 metrów w dół.


 

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

saragossa, hiszpania

Trzy razy kupowałam bilety do Saragossy i jak to mówią do trzech razy sztuka. Gdybym za trzecim razem nie wyszło, poddałabym się, chyba po raz pierwszy w życiu. Za pierwszym razem znajomi anulowali mi bilety, żebym następnego dnia poszła z nimi na plażę, za drugim razem budzik nie zadzwonił. Choć może i dzwonił, ale gdy wraca się o piątej nad ranem i godzinę później ma się wstać, to głowy jednak nie dam. Ale przysięgam, że budzik nastawiłam i cóż, obudziłam się 15 minut przed odjazdem autobusu. No nie było rady, jak iść dalej spać. Za trzecim razem już wszystko wyszło pomyślnie, o ósmej siedziałam już w autobusie Alsa, drzemiąc i siedząc na telefonie przez następne cztery godziny, bo tyle mniej więcej trwa podróż autobusem. Można jeszcze pociągiem, ale jest znacznie drożej i wcale nie krócej. Wycieczka jednodniowa, bo nie ma tam za bardzo co robić, a bilety w obie strony wyszły mnie 21 euro.


Po raz pierwszy nie planowałam co muszę zwiedzić. I troszkę się zdziwiłam, że stacja autobusowa jest daleko od centrum (w Barcelonie jest to prawie centrum), ale miałam dużo czasu, więc się przeszłam. Przy okazji odkryłam zameczek nie tak daleko od stacji. Pięknie kwitnęły akurat drzewa, więc zrobiłam mały przystanek.


Dalej już brzegiem rzeki powoli do centrum. Rzeka jest dość brudna, nie zauważyłam, żeby ktoś się kąpał mimo, że pogoda była nadzwyczajna. Tzn. dla mnie nadzwyczajna, bo było ciepło, więc zdjęłam sweter i pod koniec dnia byłam już całkiem nieźle czerwona (opalam się na czerwono, dlatego niektórzy znajomi stąd mówią na mnie gamba, czyli krewetka). Za to Hiszpanie nie zdejmowali swoich kurtek i zimowych butów. Naprawdę nie wiem ile stopni to znaczy dla nich ciepło. 


Doszłam do głównego punktu wycieczki - Bazyliki pod wezwaniem Pilar. Jest ona na każdej widokówce i na każdym zdjęciu z Saragossy. Najlepsze zdjęcia wychodzą z mostu niedaleko, który ma nawet specjalne wypustki, gdzie możemy się zatrzymać i porobić zdjęcia i selfie. Bazylika wpływa na charakter miasta oraz na jego turystykę. Co drugi sklep to sklep sprzedający dewocjonalia. Zdecydowanie nie mój klimat. Pocztówka i obowiązkowe skosztowanie owoców Aragonii (prowincja, której stolicą jest Saragossa) w czekoladzie. 




Tuż za Bazyliką znajduje się koń, którego można dosiąść. Jest to tylko mała rzeźba, za to stwarza ogrom atrakcji. Polecam zdjęcia również z Goyą i hiszpańskimi dżentelmenami i dziewczętami z brązu. 



Moja wizyta zbliżała się ku końcowi, a czym najlepiej zakończyć wycieczkę? Szklanką piwa w pobliskim Irish Pubie. Nie przepadam za hiszpańskim piwem, a mam dziwną słabość do irlandzkich pubów, bo piwo jest na poziomie. Ilekroć mam dość języka wpadam zawsze tam i jeszcze nigdy nie słyszałam, żeby którykolwiek barman mówił tam po hiszpańsku. Po szklaneczce wróciłam pieszo na stację inną drogą. 



Dla kinomanów - nie, nie znalazłam żadnego rękopisu. Niestety.

 

poniedziałek, 17 kwietnia 2017

ibiza, hiszpania

Kolejna promocja na loty i lecimy na Ibizę, tym razem w rytmie piosenki "We're going to Ibiza" zespołu Vengaboys, znanego w latach 90tych. Okropna piosenka, ale krótki lot. Znowu wynajmujemy auto i mieszkamy w samym środku stolicy Ibizy, Eivissa, również w małym mieszkanku wynajmowanym dla turystów. Również spędzamy jedną noc, a plan jest jak na Majorce - w jeden dzień zwiedzić wyspę, a następnie napić się, wyjść do jednego z najsłynniejszych klubów, a w niedzielę zobaczyć Eivissę i jej słynny zamek. 



Podobnie jak na Majorce, było bardzo mało ludzi. Sezon w marcu jeszcze się nie zaczął i problemem było znalezienie nawet miejsca, żeby się napić herbaty, a co dopiero coś zjeść. Przez dwa jedliśmy w jedynej otwartej restauracji w stolicy wyspy. Nie żałuję, bo jedzenie było bardzo dobre, kelnerki przemiłe za każdym razem, gdy nas widziały i nie uderzyło nas bardzo po kieszeni. Mało turystów, mało mieszkańców, podobno ludzie dopiero teraz zaczynają się zjeżdżać na Ibizę, żeby szukać mieszkań pod wynajem dla turystów. Dosyć przykre było jednak oglądać wszystkie sklepy zamknięte. Tak jakby życie toczyło się tam tylko w trakcie tych czterech miesięcy, gdy świeci słońce.



Pogoda nie była zła. Może nie tak, żeby w kostiumie kąpielowym wylegiwać się na plaży, ale zwykła bomberka wystarczyła, żeby nie zmarznąć. Jak zwykle, przygotowałam się do podróży wcześniej - posprawdzałam gdzie trzeba jechać. I tak z rana, od razu wsiadamy do auta i jedziemy do wioski Sant Joseph, gdzie spędzamy... nie więcej jak pięć minut. Parę białych domków i ładny kościół. Wszystko zamknięte. Łącznie z kościołem. Następnym przystankiem jest Sant Antonio, gdzie wszystko jest pozamykane na cztery spusty, oprócz jednego baru, gdzie przysiedliśmy zjeść śniadanie. 


Troszkę już zrezygnowani, wpadamy na dwie plaże polecane przez znajomych: Bossa i Conte, i tam, rzeczywiście nam się podoba. Wszystko zamknięte, ale ładny widok przynajmniej. Długimi schodami zeszliśmy na plażę, a tam raj. Bar tuż nad morzem. Ceny przystępne, a gdy mocniej fala rozbiła się o skały, to przyjemnie chłodziło twarz. Zasiedzieliśmy się tam chwilę i z powodu pogody, która nagle zaczęła się psuć, wróciliśmy do auta i zwiedziliśmy parę wiosek. Z auta, bo wszystko zamknięte. Zmęczeni i głodni dojechaliśmy do Eivissy, gdzie spędziliśmy dobre pół godziny na znalezienie wyżej wspomnianej otwartej restauracji. Zjedliśmy i do mieszkania na małą sjestę. No cóż, jak się mieszka w obcym kraju, koniec końców, przejmujesz niektóre zwyczaje. 

 



Wysłuchując wcześniej legend o tym jak drogie są wejścia do klubów, poszukaliśmy w internecie - jedyny duży klub otwarty w tym czasie była Pacha. W całej Hiszpanii jest parę dyskotek Pachy, łącznie z Barceloną od paru lat (tylko). Jest to jeden z najbardziej znanych klubów, więc trzeba było iść. Wejście za darmo na listę, więc zapisaliśmy się i idziemy. 3 kilometry, to idziemy piechotą. Wchodzimy do klubu, zostawiamy rzeczy w szatni i siadamy, bo klub jest pusty (oczywiście, jednym z warunków wejścia za darmo na listę jest wcześniejsze pojawienie się). Ale jesteśmy w grupie, znamy się wszyscy jak łyse konie, więc problemu nie ma, bawimy się świetnie. Zwłaszcza, że alkohol nie jest aż taki drogi. Parę słów o alkoholu. W Hiszpanii, żeby się napić, musimy znać trzy słowa: chupito czyli szoty. Ceny to zazwyczaj 2 - 4 euro. Następnie mamy cerveza czyli piwo, okropne i chrzczone, ceny między 2,50 czasem i do 6 euro, po tym mamy koktajle i drinki, ale nazwy są zazwyczaj po angielsku. No i właśnie to co pijemy my w Pacha, cubata. Cubata to też drinki, ale dużo mniej skomplikowane, czyli wódka i redbull, whisky z colą, tequila z sokiem pomarańczowym (mmmm) czy gin z tonikiem. Ceny to zazwyczaj od 6 euro (uważałabym, okropny kac na następny dzień) do 15 euro w klubach. W Pachy w sezonie martwym płacimy 10 euro. Gdy tylko próbowaliśmy się przejść po klubie, witano nas niezbyt miło, obwieszczając, że ta część klubu jest zamknięta. Trochę się pobawiliśmy, klub zaczął się napełniać... więc czas było się zbierać i iść spać, żeby wyjść z mieszkania rano i zwiedzić stolicę.


Rano szybko śniadanie (o tak, w tej samej co wcześniej) i wolny spacer po porcie i po zamku. Widoki piękne i zdjęcia mówią same za siebie. Oj tak, wszystko zamknięte, jeden sklep otwarty z pamiątkami. Weszliśmy (pocztówek nie mieli, moją dopiero kupiłam na lotnisku wyjeżdżając) i po dwóch minutach poinformowano nas, że czas wyjść, bo zamykają na czas sjesty. Zrezygnowani, poddaliśmy się i poszliśmy na plażę. Odpocząć, bo to nam najlepiej wychodzi.