poniedziałek, 21 marca 2016

alicante, hiszpania

Do Alicante z Polski możemy dolecieć z Krakowa. Wybrać się najlepiej w czasie wakacji, jeśli jesteśmy nastawieni na wypoczynek. Ja nie jestem, więc luty mi odpowiada, a już na pewno odpowiadają mi ceny lotów w tym okresie. W samym Alicante planowałam spędzić cały dzień, a już następnego dnia jechać do Walencji, tam również odpocząć, a potem dalej na północ, do Barcelony, mojego drugiego domu. Jeśli macie ochotę, żeby zwiedzić trochę Hiszpanii, a nie jesteście nastawieni na luksusy, to proponuję poszukać autobusów firmy ALSA. Z Alicante do Walencji wyniosły mnie one 5 euro, i tyle samo z Walencji do Barcelony. Nawet miejscowi dziwili się, że tak tanio.

puste plaże w lutym


Alicante to wspaniała jednodniówka. Miasteczko jest małe, więc nie musimy wydawać pieniędzy na autobus, wszędzie dojdziemy pieszo. Trochę jednak żałuję, że nie zostałam na dłużej, bo wokół miasteczka jest o wiele więcej miejsc do zwiedzenia. No trudno, trzeba będzie wrócić. Plaże w lutym są puste, a kioski z pamiątkami pozamykane. Ale gdy sezon się zaczyna, to następuje tu prawdziwy szturm turystów, a charakterystyczny deptak zapełnia się i ciężko przejść w którąkolwiek stronę. 

takie drzewa towarzyszą nam na całej długości aleji

charakterystyczny chodnik


Znaczną zaletą Alicante jest brak opłat wstępu do muzeów. Więc, nawet jeśli nie lubicie, to możecie wejść i wyjść w każdym momencie. Ja zwiedziłam muzeum figur, które tak jak podczas święta Fallas w Walencji, są palone podczas Hoguera w Alicante. Na mniejszą skalę, ale impreza na pewno przednia. Figury to repliki tych najlepszych, które zostały spalone. 








Przez moją przewodniczkę zostałam zabrana na uroczą uliczkę, kojarzącą się z wioską Smerfów., potem, gdy sama jej szukałam, zniknęła, bo nie znalazłam. Może to ja jestem Gargamelem?


Kolejnym miejscem, do którego trzeba zawitać to ratusz. Oprócz wykwintnego wnętrza, znajdziemy tam również ruiny murów miasta. Wstęp bezpłatny, można wejść aż na drugie piętro. Na placu przed ratuszem znajdują się fontanny, a na prawo sklep z turronami. Turrón to przysmak hiszpański jedzony głównie na święta, ale można go kupić już przez cały rok. A turrón z Alicante jest na prawdę pyszny. Są to migdały zatopione w białku z jajka, z cukrem i miodem, przyklapnięte dwoma opłatkami. To jest wersja podstawowa i można zakupić duro (twardy, można zęby połamać) oraz blando (miękki). Istnieją również wersje rozszerzone, na przykład o smaku truskawki i śmietany, z czekoladą, z innymi orzechami, i tak dalej. Nie sposób wymienić wszystkich smaków, za to jeśli nie jesteśmy pewnie, możemy spróbować lodów o smaku turron. Cena pudełeczka 150 gram waha się od 1,5 euro do nawet 10 euro. 




Dla tych, co interesują się sportami ekstremalnymi polecam muzeum Volvo Ocean Race, gdzie możemy skorzystać z symulatora takiej łódki, dowiedzieć się jak załoga odżywia się, wypróżnia, ubiera, oraz zobaczyć oryginalne łodzie. Muzeum znajduje się obok kasyna, oraz zabawowej ulicy Alicante. 



Do zwiedzenia został mi zamek. Troszkę został na deser, bo miałam resztę dnia, żeby powoli wspinać się do góry i odkrywać miasto. A te z dołu i z góry jest niesamowicie urocze i ma w sobie pewną magię. Śnieżno-białe domki z kolorowymi akcentami wyglądają jak z pocztówki (zresztą znajdują się na każdej pocztówce) i zdjęcia wyglądają niesamowicie. 





Warto, podczas drogi robić przystanki. Zamiast lecieć prosto na zamek, skręciłam w lewo do kościółka pustelnika. Piękny widok na zamek oraz miasto.








Z zamkiem wiąże się legenda, oczywiście o złamanym kobiecym sercu księżniczki Zahary, samobójstwach i pękniętym sercu ojca, którego twarz (La Cara del Moro) można zobaczyć w skale. Co więcej, nie trzeba nawet za dużo szukać i dopowiadać sobie. 


Dowód na to, że Alicante to magiczne miejsce znajdziemy w domu świętego Mikołaja. Znajduje się on w połowie drogi na zamek. Nie jest specjalnie przystrojony, ale napis na nim wprawia w pozytywny nastrój. "Uwierz w magię i ją znajdziesz."


Zamek ma przeróżne przejścia, wejścia, sale, drzwi zamknięte i otwarte. Samą godzinę trzeba przeznaczyć na zwiedzenie obiektu, a dopiero potem wejść na samą górę, by porobić zdjęcia zachodzącemu słońcu. Słońce zachodzi nad miastem, i jest równie spektakularne jak te nad morzem. Jeśli ktoś jest rannym ptaszkiem, może wstać na wchód nad morzem. 

puchate niespodzianki na zamku






Alicante czaruje i fascynuje. Szczególnie z góry. 






poniedziałek, 14 marca 2016

śląsk, polska

Śląski region zdecydowanie zasługuje na osobny post. Znajdą się tu jedynie niektóre miejsca, które wszystkim polecam, jest ich natomiast zdecydowanie więcej. Jeśli uważacie, że czegoś tu brakuje - śmiało wpisujcie w komentarzach.

Zagraniczni turyści, których od czasu do czasu goszczę, zawsze zwracają uwagę na jedną rzecz. Nigdy nie widać granicy między jednym miastem, a drugim. Jadąc autobusem 20 minut, można przejechać trzy miasta, nie zdając sobie z tego sprawy. Jest to charakterystyczne dla Górnośląskiego Obszaru Przemysłowego, więc jeśli planujecie zwiedzić Śląsk, a nie chcecie narażać się na nieprzyjemności ze strony kontrolerów biletów, proponuję kupić bilet kilkudniowy. Ale do rzeczy. Katowice zostały omówione poprzednio, a wszystko zwiedziliście w dwa dni i nie wiecie co dalej ze sobą zrobić? Jako pierwszą wycieczkę proponuję Zabrze, a konkretniej wizytę w kopalni węgla, którą całkiem niedawno przerobiono na potrzeby turystów i można ją zwiedzać. Dojazd jest prosty, autobusem numer 7 z Katowic dojedziemy pod same drzwi kopalni. Obowiązkowa jest rezerwacja. Gdy ja zwiedzałam ją po raz ostatni można było wjechać jedynie na dwa poziomy (40 zł bilet normalny, ulgowe również istnieją), ale obecnie zostały otwarte dwie trasy o tajemniczych nazwach - Szychta i Mroki. Wstęp na trasy jest droższy. Co więcej, jeśli nie macie ochoty na zwiedzanie, mimo, że trasy są ciekawe, na pewno macie ochotę na piwo na poziomie 320. Odbywają się tu również koncerty, zabawy czy wesela.


Niedaleko Zabrza, mamy Chorzów, a w nim Wojewódzki Park Kultury i Wypoczynku, a w nim miliony pomysłów na to jak spędzić dzień. Jest zoo, wesołe miasteczko pełne karuzel, planetarium, skansen, hala wystaw i dużo więcej. Ciężko wszystko odkryć w jeden dzień. Zobaczyć część parku można jednak z góry. Za małą kwotę trzeba przejechać się Elką (wypraszam sobie sprośne żarty). Elka to kolejka linowa nadziemna. Dysponuje dwoma możliwymi sposobami transportu - zamkniętym (kapsuły) na zimniejsze dni i otwartym (ławeczki) na cieplejsze. Wcześniej otwarte były trzy trasy, obecnie jest tylko jedna, która przejeżdża niedaleko zoo i wesołego miasteczka oraz nad różanym zakątkiem. Odradzam ubieranie klapek. Nie wiem, czy kiedykolwiek komuś spadł but, ale mnie to zawsze stresuje. 


WPKiW to niejedyne miejsce na przechadzki. Wbrew opinii całej Polski są tu zielone zakątki, lasy i parki, które są przepiękne i czekają na odkrycie, zdjęcia pochodzą z mojej sesji jesiennej, na zimową niestety nie było za bardzo okazji. Można spotkać w nich jednak dziki, które mają sobie często za nic człowieka i przechadzają się mu ulicą przed domem. 




Kolejnym przystankiem są góry - Beskid Żywiecki, odjeżdżamy trochę od centrum Śląska, ale widoki są piękne. Szlaki są dobrze wytyczone, o różnej trudności i każdy znajdzie coś dla siebie. W Żywcu proponuję spacer po centrum oraz po pięknym parku, gdzie dzieciom na pewno spodoba się bliskość zwierząt, a potem wizytę na zamku.



W Żywcu również możemy zwiedzić browar. Jeśli ktoś nie jest fanem Żywca, zawsze może udać się do browaru tyskiego, który jest bliżej. Oba browary polecam. Różnią się ceną i tym co zwiedzamy. W Tychach mamy małe muzeum o tym skąd bierze się piwo, a gdzie są jeszcze gry dla znudzonych teorią, a potem udajemy się do zwiedzania całego browaru, który jest ogromny. Nie jest chyba to zbyt popularna wycieczka, bo gdy ja zwiedzałam nie było oprócz nas nikogo. Ale warto, zwłaszcza, że cena to 10 zł za zwiedzanie, otwieracz do piwa oraz degustacja. W Żywcu natomiast przenosimy się w czasie, poznajemy historię piwa i browaru w bardzo interaktywny sposób. Wycieczka już jest droższa, bo 25 zł za zwiedzanie, degustację oraz szklankę. 




Na jednodniówkę można pojechać też do Pszczyny, z jej wspaniałym ryneczkiem, zamkiem oraz zagrodą żubrów. Albo do Cieszyna, gdzie również jest maleńki ryneczek pełen banków i lombardów. Warto wspiąć się na górę zamkową, skąd ładnie widać panoramę Czeskiego Cieszyna, a i tam możemy się przejść po czekoladę studencką :)







Jestem dumna z byciem Ślązaczką. I z tego, że region rozwija się na przekór wszystkiemu, a przede wszystkim z tego, że wśród ludzi regionalizm zaczął być modny. 

w stroju śląskiej panny młodej

poniedziałek, 7 marca 2016

katowice, polska

Rzadko widuje się turystów w Katowicach, raczej są to podróżni w przesiadce z Krakowa do Wrocławia, albo jadący gdzieś dalej. A jest to miasto, które ma coraz więcej do zaoferowania, również w wymiarze turystycznym. Zaplecze gastronomiczne rozwija się w zaskakująco szybkim tempie, niestety, głównie w kierunku cudownie-zdrowych hamburgerów albo nowoczesnych zapiekanek. Ale są też knajpy, do których warto zawitać. 
Moje top 3 to:

  1. Dubai Food. Mało kto o tym miejscu słyszał, a jeśli słyszał to kojarzy głównie budkę kebaba na ulicy Katowickiej (za Spodkiem). A tuż obok znajduje się restauracja z jedzeniem arabskim. Nie mogę potwierdzić autentyczności tego jedzenia, bo nie stołowałam się w żadnym kraju arabskim, więc specjalistą nie jestem. Autentyczne czy nie, jedzenie jest przepyszne. I tanie. Za około trzydzieści złotych najemy się jeszcze na następny dzień. A przede wszystkim poczujemy się ugoszczeni w ten słynny arabski sposób. Do zamówionego dania dostajemy herbatę oraz deser, w moim przypadku był to różany kisiel, za darmo. Obsługa jest pomocna, więc jeśli macie problem ze zrozumieniem co właściwie zamawiacie, to na pewno pomogą. Ale polecam wybierać w ciemno. 
  2. Bob. Mieści się na ulicy Chopina. Tutaj najemy się bardzo tanio, porcje są słuszne, ale chyba mają nowego kucharza, bo troszkę jakość poszła w dół. Warto i tak tam iść ze względu na klimat, trochę przyciemnione pomieszczenia, ceglany mur, dziwne rzeczy wiszące na ścianach. Ja to miejsce darzę sentymentem i bardzo polecam.
  3. Namaste. Nazwa trochę myląca, bo nie jest to żadna restauracja z jedzeniem hindi, ale klub podróżniczy. Oprócz ciekawego wyboru piwa, i przekąsek, które możemy zamówić, w każde niedziele, poniedziałki i wtorki odbywają się tu zloty podróżników. Zawsze jest prezentacja najbardziej odległych zakątków świata lub szalonych podróży. Atmosfera super, ale trzeba przybyć długo przed godziną rozpoczęcia prezentacji, bo potem nie znajdziemy już miejsca. Nawet stojącego. Znajduje się na ulicy Sobieskiego.
ulica Mariacka

Słynna ulica Mariacka to styl życia. Od samego początku ulicy mamy knajpy, bary, restauracje czy kluby. Przeróżne. Idąc Mariacką możemy popełnić przynajmniej cztery z siedmiu grzechów głównych. Ale nie trzeba obawiać się smażenia się w piekle, ponieważ oto, na samym końcu ulicy stoi kościół, gdzie wszystkie nasze grzechy mogą zostać odpuszczone. A na poważnie, to jest jedna z najmodniejszych ulic w Katowicach, dużo się tu dzieje, rozrywka jest skupiona w jednym miejscu, a chodnik wyrównany, więc śmiało można chodzić w szpilkach. W piątki i soboty to miejsce tętni życiem, ale nawet w poniedziałki i w niedzielę spotkamy tu dużo ludzi. Polecam bar Chupito (hiszp. - szot), gdzie napijemy się różnych wymyślnych szotów. Fanką szotów nie jestem, ale nawet ja czasem tu zaglądam, żeby takiego szota wypić. 

pomnik Powstańców Śląskich

Katowice są w remoncie już od paru ładnych lat. Nowoczesność łączy się z klasyką w ciekawy sposób. Koło Spodka, areny, gdzie urządza się koncerty, mecze i inne widowiska, a który wygląda jak statek kosmiczny oraz pomnika Powstańców Śląskich, czyli trzech ogromnych skrzydeł, znajduje się rondo, gdzie zostało wybudowane oszklone pomieszczenie z barem i księgarnią. Kiedyś był tu również klub, ale zainteresowanie nim spadło, gdy wszyscy młodzi ruszyli szturmem na Mariacką. Obecnie remontowany jest rynek, a to co już widać jest piękne. Nie mogę doczekać się lata, żeby usiąść na drewnianych leżakach nad fontanną, która imituje rzekę. Po raz pierwszy od parunastu lat, mamy lodowisko na rynku, a także targ świąteczny, który wcale nie jest gorszy od tego krakowskiego. W te święta pięknie oświetlony. Moim zdaniem najbardziej klimatyczne jest miejsce po zburzonej kamienicy tuż za przystankiem tramwajowym, które niektórzy nazywają złośliwie katowicką Wenecją, z powodu kawałka odkrytej Rawy, rzeki, która przepływa przez ten kawałek śląskiej ziemi. Rawa od wielu lat jest zanieczyszczona, a władze województwa poradziły sobie z problemem zakrywając ją.


Tuż obok Spodka wybudowane zostało Centrum Kongresowe, którym cieszą się i zwykli obywatele i architekci. Na wszystkich robi wrażenie zarówno w dzień, jak i w nocy.



Katowice cieszą nie tylko centrum, ale także swoimi dzielnicami. Panewniki ze swoją bazyliką, którą warto odwiedzić na święta ze względu na najwyższą szopkę w Europie, oraz ruchomą i żywą szopkę. Giszowiec, Murcki czy Nikiszowiec, która jest moją ulubioną dzielnicą. Dojazd trudny nie jest, bo jednym autobusem z dworca. Jest to jedna z najstarszych dzielnic Katowic. Dawniej zamieszkiwana przez górników i ich rodziny, dziś odradza się znów do życia. Gdyby spojrzeć z góry na Nikiszowiec to plan dzielnicy przypomina małą Barcelonę, jest starannie zaprojektowana, wszystko jest równe i przemyślane. I te urocze kamienice z czerwonej cegły. Na Nikiszowcu zdecydowanie polecam Cafe Bifyj, gdzie możemy sobie podnieść trochę poziom cukru, ale obawiam się, że na jednym ciastku się nie skończy, bo wyglądają one pięknie. I tak smakują! Latem możemy usiąść sobie przed kawiarnią na leżakach i odpoczywać.




Gdy wysiądziemy z autobusu witają nas słynne róże namalowane na jednej z kamienic Nikiszowca. 


Do zobaczenia w Katowicach!

Dziękuję za zdjęcia, które zostały wykonane przez turystkę w Katowicach - Martę (ze Szczecina).