poniedziałek, 18 lipca 2016

paryż, francja

Każdy ma takie miejsce, którym się rozczarowuje. I podobno Paryż jest jednym z tych miejsc. Większość miejsc znamy już z filmów, pocztówek czy zdjęć w gazetach. Jako, że zwiedzałam to miejsce osiem lat temu, nie bardzo pamiętam co czułam będąc w tym kultowym mieście. Na pewno byłam zachwycona, bo była to jedna z pierwszych wycieczek zagranicznych. Natomiast, i to wiem również na pewno, nie chciałabym tam wracać. Widziałam raz, wystarczy.


Zaskoczyła mnie życzliwość ludzi, brak akceptacji języka angielskiego i uśmiech jako waluta. Okropne jedzenie i język wzbudziły jednak moją nienawiść. Mówią, że język francuski jest językiem miłosny, ale w moich uszach brzmi on jak charkający robol z piłą mechaniczną w ręku. Już tysiąc razy bardziej wolałabym, żeby mówiono mi po niemiecku ich liebe dich niż to okropne francuskie je t'aime. Dobry francuski wynalazek za to, to bagietka i croissant. I to by było na tyle (jasne, wina i sery, ale osiem lat temu byłam niepełnoletnia i bardziej zadowalała mnie bagietka z szynką niż wymyślne żabie udka czy ślimaki). No ale do rzeczy.


W Paryżu spędziłam trzy dni. Jeden to oczywiście spacer po Luwrze - gdzie tłumy zasłoniły maleńką Mona Lisę, więc udałam się na poszukiwania dużo lepszego obrazu, "Śmierć Sardanapala", który do dzisiaj jest moim ulubionym obrazem. Tłumy, tłumy, więc zmyliśmy się szybko. Nie znoszę zwiedzać muzeów, jakkolwiek nie cudowne i bogate by one nie były. Wyjątkiem było Muzeum Perfum Fragonard, gdzie ze zniżką kupiłam cudny perfum, którego zapachu nie zapomnę do dziś.


Następne punkty obowiązkowe to oczywiście wieża Eiffela, na którą wjechałam, ale zeszłam pieszo, żeby podziwiać konstrukcję, wszystkie mosty, Montmartre, zdecydowanie zbyt przereklamowany, bo żadnej bohemy ani sztuki już tam raczej nie widać, katedra Notre Dame, przepiękna i wzniosła czy Moulin Rouge. I na dodatek, wieczorny rejs stateczkiem. A co, raz się żyje. 



Wydaje mi się, że moja obojętność wobec tego pięknego miasta wynika z jego niezrozumienia. Od kultury, języka po ludzi. Ale, jak czytałam ostatnio, jest to jedno z miast, na których ludzie się najczęściej zawodzą. Czyli nie jestem sama. 



Dziękuję za niektóre zdjęcia Mateuszowi.


poniedziałek, 11 lipca 2016

berlin, niemcy

Gdy przyjechałam po raz pierwszy do Berlina, stwierdziłam, to tu chcę żyć! I mimo, że język niemiecki wystarczająco pokrzyżował mi plany, to wciąż zachowałam sentyment do tego miasta. Uwielbiam jego porządek i zorganizowanie, ale także tą ciemną stronę, imprezy, imigrantów i lekką atmosferę hipisowskiej komuny. Mało miejsc wywołuje u mnie tak silne emocje jak Berlin. Do Berlina możemy najlepiej dojechać ze Szczecina za 7 euro autobusem albo za 29 euro pociągiem. Duża dysproporcja? Wydaje się, że tak, ale 29 euro na bilet w obie strony dla pięciu osób to bardzo mało. Zależy czy jedziecie w grupie czy sami. Jedzie się półtora godziny. Jeśli jedziemy pociągiem to wysiadamy na stacji i w dwie minuty jesteśmy pod Bundestagiem, czyli siedzibą rządu niemieckiego. Żeby wejść do środka, bilety trzeba zamówić wcześniej. Wchodzi w to również wejście do przeszklonej kuli na dachu budynku - lud obserwuje rząd, a przynajmniej taka idea temu przyświeca. Warto wziąć sobie jakąś przekąskę i zjeść, siedząc na trawie przed tym ogromnym budynkiem. 


Proponuję Berlin na jeden dzień lub dwa. Tydzień dla tych, którzy chcą wszędzie wchodzić i pojechać na jednodniową wycieczkę do Poczdamu. W weekend jednak wszystko spacerkiem obejdziemy. Z Bundestagu kierujemy się w stronę Bramy Brandenburskiej. Oprócz tego, że jest tutaj zatrzęsienie turystów, to zawsze dzieje się coś ciekawego. Raz jest to protest przeciwko corridzie, innym razem przeciwko dronom, ale czasami można przyłączyć się do medytacji na rzecz pokoju na świecie. Tutaj również rozpoczynają się wycieczki piesze za darmo z przewodnikiem. Albo kończą się wycieczki rowerami, bądź też ogromnym wozem, gdzie jedna osoba kieruje, a wszyscy pedałują i ... piją piwo. Nie wiem ile kosztuje taka wycieczka, ale jest to jakiś sposób, żeby Berlin poznać od strony rozrywkowej. Jeśli ktoś z Was mówi po niemiecku, ciekawym pomysłem są również piwne zajęcia jogi, gdzie pozycje są tak dopasowane, żeby cały czas móc pociągać z butelki z piwem. 


Tuż obok Bramy, znajduje się pomnik poświęcony ofiarom żydowskim podczas II wojny światowej. Są to prostokątne bryły z betonu o różnej wielkości. Jest to niesamowicie fotogeniczne miejsce i, gdy sami zgubimy się pomiędzy blokami, również skłaniające do refleksji.



Idąc w stronę Sony Center, gdzie możemy z dziećmi odwiedzić muzeum Lego, a już na pewno zrobić sobie zdjęcie z wysoką żyrafą z klocków, która stoi przed, natkniemy się na szczątki Muru Berlińskiego, pokrytego gumą do żucia. W Berlinie jest wiele fragmentów, ale ten stoi osobno i jest wyjątkowy. Wokół niego stoją tablice informacyjne z historią miejsca. 



Wróćmy znowu do Bramy i ulicą Unter den Linden, gdzie znajduje się wiele sklepów, ale która do najbardziej fotogenicznych nie należy, bo trwa tam remont nieprzerwanie od wielu lat i nie wygląda by kiedykolwiek miał się skończyć, dostaniemy się do wyspy muzeów. Najsłynniejsze jest chyba Muzeum Egipskie oraz Pergamon. Jeśli macie czas to śmiało wchodzić, bo znajduje się tam słynne popiersie Nefretete oraz replika Bramy Isztar. Jeśli nie, to być może znajdziecie trochę czasu, by wejść do Bazyliki aż na samą kopułę, gdzie gdy wyszeptać coś, to dźwięk powędruje na drugą stronę. 



Idąc dalej, dojdziemy do mojego ulubionego miejsca w Berlinie - Alexanderplatz. Tu stoi słynny Ratusz, Wieża Telewizyjna, czy zegar, pokazujący godziny we wszystkich strefach czasowych. Jest to również centrum, gdzie możemy kupić różne rzeczy, oraz zasmakować w Berlinie, czyli zjeść smacznego currywursta - parówkę z curry, a do tego świeża bułeczka. Spokojnie się najecie, a wydatek to około 2 euro. 




Co jeszcze można robić w Berlinie? Spacerem udać się do pomnika Nike, albo po alei ambasad, które robią wrażenie pod względem rozwiązań architektonicznych. Jeśli wybierzemy tą drugą opcję, to spacer zakończymy przy słynnym berlińskim zoo oraz dworcu. Znajduje się tam słynne katedra, która zbombardowana w trakcie wojna nie została odnowiona. Tworzy to niesamowity kontrast między nowoczesnymi budynkami wokół, a maleńkim kościółkiem ze zbombardowaną wieżą. 


Noc proponuję zacząć na Alexanderplatz, bo w okolicy znajdziemy dużo ciekawych barów, w tym takie, gdzie za litr drinka zapłacimy 12 euro. Spróbowałam, i drinki prawie nie są chrzczone, a zabawa jest świetna. Symbolem Berlina jest niedźwiedź, a jego figurki stoją porozrzucane po całym Berlinie. Nie wiem, czy tak jak we Wrocławiu istnieje mapa z niedźwiedziami, ale możemy również polować na nie przy okazji. Zwróćcie również uwagę na sygnalizatory świetlne dla pieszych, które są wyjątkowe i znajdziemy takie tylko w Berlinie. 


To ja może jeszcze nauczę się tego niemieckiego?

poniedziałek, 4 lipca 2016

jak tanio podróżować?

Nie jestem profesjonalistą w sprawach taniego podróżowania, a jednak wielu z Was pyta jak ja to robię, że jeżdżę tak tanio. Postanowiłam więc napisać specjalną notkę, teraz przed wakacjami, żeby Wam trochę sprawę ułatwić. 

Barcelona

1. Elastyczność. Wiem, że ciężko być elastycznym, gdy ma się pracę i dwójkę dzieci. Dlatego nie mówię, żeby lecieć z dnia na dzień, ale zdarzają się promocje z wyprzedzeniem na tyle, że spokojnie można urlop zaplanować.

Sewilla

2. Wyjść ze swojej strefy komfortu. To chyba najważniejsze. Łatwiej jest oczywiście załatwić wakacje w biurze podróży, bo my zapłacimy, a oni wszystko już za nas załatwią. Jeżeli nastawiamy się na urlop pod palemką to czemu nie. Ale jeśli oczekujecie czegoś więcej, to trzeba to samemu załatwić. W dobie internetu wszystkie lokalizacje można sprawdzić, nauczyć się podstaw każdego języka, żeby potem dogadać się w sprawach na przykład toalet, czy odnaleźć wskazówki ludzi, którzy już w danym miejscu byli.

San Francisco

3. Nocować u znajomych lub załatwiać noclegi przez sprawdzone witryny. Od niedawna Wasz kumpel z podstawówki mieszka w Amsterdamie? To może najlepszy czas odnowić znajomość? Brzmi to może cynicznie, ale nie każę Wam się od razu zwalać mu na głowę na dwa tygodnie z sześcioosobową rodziną. Jeśli sam zaproponuje nocleg, to fajnie (w zamian można zrewanżować się zrobieniem zakupów, zaproszeniem do restauracji, czy prezentem z Polski). Jeśli nie, to przecież dużo lepiej wie, gdzie przenocować niż Wy. Dobra, chcecie lecieć do Amsterdamu, ale nikogo znajomego tam nie ma? To szukamy po airbnb. Tam znajdziecie listę różnych mieszkań do wynajmu na dni czy tygodnie (płatne, ale tańsze od hosteli czy hoteli). Zawsze możecie skorzystać również z coach-surfingu. Ryzyko jest jednak takie, że nie zawsze wiadomo na kogo traficie, a słyszałam dobre jak i złe opowieści. 

Stambuł

4. Jeszcze raz elastyczność. Ale nie co do czasu, ale również co do miejsca. Zawsze marzyliście, żeby pojechać na Rodos, ale trafia się niezła okazja do Berlina? Zawsze zdążycie na Rodos, a Berlin też ładne miejsce, którego jeszcze nie widzieliście. Ja, gdy codziennie rano budzę się, to rutynowo, pierwsze co to sprawdzam fly4free, stronkę z promocjami na samoloty, autobusy, pociągi, auta czy hotele. Dzięki temu zajechałam do Budapesztu za 8 złotych, Sztokholm zwiedziłam za 36 złotych, a do Bergamo poleciałam za 19 euro. 

Sztokholm

5. Znajomości z miejscowymi. Szukajcie zapaleńców, którzy kochają swoje miasta i z chęcią pokażą je Wam za darmo. Wbrew pozorom jest mnóstwo takich ludzi. Ja również oprowadzam po Katowicach, a czasami działa to na zasadzie rewanżu. Ja gościłam w Katowicach, a w zamian ktoś pokazał mi Budapeszt, a ktoś inny Sao Paulo. 

Widok z Corcovado, Rio

6. Mały bagaż. Jeśli udało nam się kupić tani bilet na samolot, to uniknijcie dodatkowych opłat za bagaż. To nic skomplikowanego, żeby spakować się w podręczny na tydzień, i to na każdą pogodę. Dla mnie najwygodniejszy jest plecak, w który pakuję się jak lecę wizzairem, żeby uniknąć opłat za duży bagaż podręczny, ale jeśli lecę innymi liniami lotniczymi biorę przepisową walizkę i mam ją i tak zazwyczaj w połowie pustą jeszcze (na pamiątki). 

Tu akurat lot do Stanów, więc duży bagaż za darmo :)

Mam nadzieję, że choć trochę Was zainspirowałam, żeby szukać i płacić taniej.

poniedziałek, 27 czerwca 2016

świebodzin, polska

Domyślam się co teraz myślicie, przecież Świebodzin to żaden wielki świat! Chyba powinnam zmienić nazwę bloga na "mała m. wszędzie i nigdzie" albo "mała m. powsinoga", bo wielki świat nie odnosi się do małych miasteczek, które tak bardzo lubię zwiedzać. Ale coś w nich jest wielkiego - swojskość i nastawienie na turystów. Dlatego nazwy nie zmienię. Odkąd sprawa z kompleksem Jezusa wyszła, moim marzeniem było pojechać do Świebodzina i zobaczyć najwyższy pomnik Chrystusa. Przedtem jednak zdążyłam pojechać do Rio i zobaczyć oryginał, który jak już wspomniałam, był dla mnie mały i niezbyt zauważalny w panoramie miasta. Dlatego na tego w Polsce starałam się nie nastawiać. Po cichu jednak liczyłam, że będzie widoczny już z pociągu i będzie wyznaczał mi drogę. Nic z tego. Gdy wyszłam na stacji w Świebodzinie, w ruch poszło GPS. Pomnik nie jest daleko, bo to niecałe dwa kilometry, ale widoczny jest dopiero po półtora kilometra.



Pomnik, niewątpliwie, jest majestatyczny. Twarz Chrystusa jest szczegółowa i dużo lepsza od tego Chrystusa w Rio de Janeiro. Piękna droga krzyżowa wokół pomnika. 


Ale parę szczegółów sprawia, że coś jakby nie pasowało. Po pierwsze korona. Obrzydliwie złota, kojarzy się bardziej z odpustem, niż z jakimkolwiek królem. Brakuje jej jedynie czerwonych rubinów. Po drugie... tył. Gdy już obejdziemy pomnik dookoła i spojrzymy na niego z tyłu, wydaje się, że Jezus to zwykły byczek z siłowni, bo ma ogromne barki. Po trzecie, nie jestem do końca przekonana, że to pomnik Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata, czy Aragorna, syna Arathorna. 



Problemem, z jakim, moim zdaniem, zmaga się pomnik to zła sława, trudny dojazd i okropny marketing. Wszyscy moi znajomi pukali się w czoło, gdy mówiłam, że jadę (i tylko jedna stwierdziła, że też by chciała). Można dojechać autem i to żaden problem. Ale autem nie jeżdżę i musiałam się nieźle nagłowić, żeby moje zwiedzanie miało sens. Najlepiej dojechać pociągiem do Poznania, a potem kolejnym pociągiem (i to nie byle jakim, bo przyspieszonym na Berlin) dwie stacje. Za takie pociągi zapłacimy dużo. Innym sposobem jest jechać do Zielonej Góry, a potem do mniejszego Rzepina i pociągiem regionalnym, który zatrzymuje się na każdej stacji. Rozwiązanie ekonomiczne, ale długie i nużące. Wypróbowałam oba. Problemem jest również to, że Świebodzin nie umie swojego pomnika sprzedać. Na dworcu nie ma znaków, którędy mamy się kierować. Baza noclegowa jest słaba, a gastronomiczna jeszcze gorsza. Przy samym Jezusie... żywego ducha nie ma. Dom Pielgrzyma zamknięty na cztery spusty, a pamiątki (dużo powiedziane o pocztówkach) możemy kupić... w Tesco, które znajduje się naprzeciwko. Moja wycieczka odbyła się na początku kwietnia, a to już poniekąd początek sezonu. Plusem jest natomiast, że nie ma kolejek, ani ludzi w ogóle. 


poniedziałek, 20 czerwca 2016

podsumowanie wycieczki rowerowej, polska

Wiem, trochę już było tych postów o rowerach, ale ciągle coś mi się przypomina nowego. Podsumuję to dzisiaj, i nigdy więcej już o tym nie wspomnę. Obiecuję. Wycieczka w liczbach: 269 przejechanych kilometrów, 4 noclegi, 64 siniaki na moich nogach i 60 odwiedzonych wsi i miast, z czego najfajniejsze nazwy to Kwiatkowo, Lelkowo, Zezuj i Ameryka.
Dzisiejszy post podzieliłam na parę punktów:

  • Przewóz rowerów

Żeby dojechać na Warmię z Katowic musiałyśmy przewieźć rowery pociągiem (o opcji z busami już pisałam). PKP Intercity reklamuje się, że posiada w wagonach haki, na których rowery zawiesza się, a te nikomu nie przeszkadzają i swobodnie można się przemieszczać. Co więcej, rowerzystę nie umieszczają gdzieś w innym wagonie, ale blisko roweru, tak, że może na niego patrzeć. No cóż, nie zawsze bywa tak różowo, a z przyjaciółką byłyśmy bardziej przerażone wsiadaniem do pociągu z rowerami niż jazdą rowerem tyle kilometrów. Czekały nas przesiadki, po jednej w każdą stronę. W pierwszym pociągu źle wsiadłyśmy. Dobry wagon, ale wejście nie te, więc trzeba było rower przez cały wagon przepchać. Sakwy miałyśmy zdjęte już wcześniej (większość rowerzystów tego nie robi, ale nie podniosłybyśmy rowerów z sakwami), więc jakoś poszło. Wszystkie haki zajęte, ale chłopaki miłe, więc nam pomogli. Na całe pomieszczenie dla rowerów są trzy haki, a rowerów w końcu jest osiem, bo jeszcze parę się dosiada. Dużo kombinowania, ale jakoś weszło. Od razu domyślamy się, że PKP nie prowadzi żadnego rejestru na ilość sprzedanych biletów na rower (kupione wcześniej kosztują 9,10zł). Przy wysiadaniu mamy mały problem, niektóre rowery się blokują, a konduktor już gwiżdże na odjazd. My we wrzask, że jeszcze wsiadają i wysiadają, więc dostało nam się od konduktora, że mieliśmy się wcześniej zbierać. Ciekawe jak. Nie ma miejsca, żeby wyprowadzić pięć rowerów, a poza tym, kiedy mieliśmy się szykować, w Łodzi? Drugi pociąg już jest wyposażony w przynajmniej dziesięć haków, wsiada się lepiej, a konduktorka nam nawet pomaga dźwignąć rowery. Z powrotem też było już lepiej, bo wypracowałyśmy swój system. Wielkie zdziwienie przychodzi natomiast w modnym Pendolino - jedynie dwa haki na cały pociąg. Szczęście, że jedziemy tylko we dwójkę. 


  • Green Velo

Szlak jest oznaczony całkiem dobrze. Czasami znikają nam pomarańczowe tabliczki na parę kilometrów, a potem znowu nagle się pojawiają. Domyślam się, że to akurat nasza wina, bo jedziemy według własnego GPS-u, który nie zawsze pokazuje trasę zgodną tą z Green Velo. Trasy są trochę wymagające jak dla mnie, ale często jest płasko, więc można czerpać z tego dużo przyjemności. Trasa jest edukacyjna i kulturowa, dużo można poznać. Choć czasami mamy wrażenie, że niektóre drogi zostały wybrane na zasadzie rymowanki, bo jakościowo proszą się o remont. Co więcej, jeśli napiszecie na maila do Green Velo możecie otrzymać bezpłatnie mapy szlaku (płatne jest za przesyłkę) lub naklejki. 


  • Pogoda

Z pogodą było zabawnie. Wszyscy wokół straszyli nas, że będzie padać. Przez to zrezygnowałyśmy z namiotów i wykupiłyśmy noclegi. Nastawiałyśmy się już psychicznie na okropną pogodę, a tymczasem deszcz złapał nas dopiero czwartego dnia przez dziesięć minut. Nie była to nawet ulew tylko mżawka. Drugiego dnia wyglądało też jakby miało padać, ale chmury trochę postraszyły, a deszcz nie spadł. Za to piątego dnia było tak gorąco, że spaliłyśmy sobie nosy i ręce podczas gdy Katowice tonęły w deszczu.

  • Ludzie na szlaku

Coś co nas na pewno zaskoczyło byli ludzie na szlaku. Nie dość, że wszyscy się pozdrawiali, to byli niesamowicie życzliwi. Wiele osób nam pomogło przy pompowaniu opon, przy wyborze trasy, dzielili się z nami radami, polecali miejsca i przekąski. Pierwszy odcinek trasy jest dosyć popularny, więc jedzie się sympatycznie w grupie, za to jest problem, żeby iść z potrzebą, bo nie wiadomo, kto i kiedy wyskoczy zza krzaka. Potem już się przerzedza i często same pedałowałyśmy godzinami. 

  • Fauna i flora

Podobno tylko na Warmii i Mazurach drzewa rosną tuż przy drodze, co tworzy piękny efekt tunelu wzdłuż drogi. Łatwiej za to o wypadek. Szlak jest wytyczony przez pola, łąki, lasy, czasem udaje nam się nawet zobaczyć jakiś większy zbiornik wodny. Coś, co nam towarzyszy jednak przez całą trasę jest niesamowita ilość bocianów, które mają po parę gniazd w każdej wsi i nie zamykają im się dzioby, przez co przypomina nam się piosenka z przedszkola "Kle, kle boćku". 


  • Noclegi

Noclegi mamy już wszędzie zamówione odpowiednio w: Nowej Pasłęce ("Kwatera Wodnik"), Pieniężnie ("Hotelik Hermes"), Lidzbarku Warmińskim ("Hotel Kopernik") oraz Olsztynie ("Hostel Wysoka Brama"). Za wszystkie płacimy po 230 złote na głowę, więc nie ma źle. Oczywiście, można taniej, bo zdarza się, że można przespać się w domach pielgrzyma, na parafiach lub zajazdach. Jednak ze względu na okres - majówka - bałyśmy się, że wszystko będzie pozajmowane, więc wszystko wcześniej zarezerwowałyśmy. Nie wiem jak moja przyjaciółka, ale ja nie żałuję. Większość z noclegów okazała się wygodna i przytulna, a właściciele mili. Nasze rowery również nie musiały nocować gdzieś na zewnątrz, tylko zawsze znalazł się kawałek miejsca pod dachem - a to garaż, a to suszarnia, a to palarnia. 

A oto cała nasza trasa, którą zrobiłyśmy (bez gubienia się) podczas majówki 2016 roku. Mam nadzieję, że wkrótce znów wyruszymy w trasę.


poniedziałek, 13 czerwca 2016

dzień piąty wycieczki rowerowej, polska

Dzisiaj (tj. 4 maja) mamy do zrobienia tylko trzydzieści kilometrów, więc decydujemy się pospać dłużej i zjeść śniadanie w naszym ulubionym barze mlecznym. Jako, że dzień wcześniej zasypiam po dobranocce, wstaję już o szóstej rano i tylko przewracam się z boku na bok. Bar czynny od dziewiątej, więc dopiero o ósmej wychodzimy z łóżek. Kolano przez noc nie przestało boleć, więc smaruję, owijam i szprycuję się środkami przeciwbólowymi. Jakoś to będzie. 


Początkowo przejazd przez miasto, potem skręcamy w las, jedziemy równolegle z torami, a zza zakrętu wyłania się nam droga krajowa 51. Obie nie dowierzamy, że musimy nią jechać, na spokojną ścieżkę rowerową to bynajmniej nie wygląda. Wjeżdżamy i dostajemy zawrotnej prędkości. Pedałujemy ile sił w nogach byle wydostać się z tej okropnej drogi, gdzie kierowcy mają nas w głębokim poważaniu i zdarza się, że nie przestrzegają przepisów i pędzą obok nas, nie zachowując odpowiedniej odległości. W końcu zatrzymujemy się w zatoczce, żeby ubrać kamizelki, które do tej pory schowane były głęboko w sakwach. Czyli chcemy wziąć kierowców na policjanta (kolor kamizelki podobny), ale żaden nie daje się nabrać. Powodu dopatruję się w kamizelce mojej przyjaciółki. 


Droga-koszmar wije się i wije, a my mimo, że pedałujemy szybko, cały czas na niej tkwimy. Wokół wszędzie same roboty drogowe, pełno objazdów i mijających nas ciężarówek. Nie muszę dodawać, że doświadczenie przerażające. Są dwa zjazdy po spokojnych wsiach, gdzie drogi są jeszcze poniemieckie, z małych kamieni. Jazda po nich sprawia, że dudni mi w głowie do tej pory. Cieszymy się już jednak, że zostawiamy drogę krajową 51 za nami. W końcu gubimy trochę drogę, wybiega na nas pies gospodarza, a za nim sam gospodarz, który kieruje nas na właściwą ścieżkę i pozwala przejechać przez gospodarstwo. Pies powąchał i odpuścił. Niby pięć kilometrów zostało, a nic o tym nie świadczy. Przed nami, już bez zaskoczenia, wyrastają kolejne pagórki. Wjazd na nie byłby trudny dla profesjonalistów. wczorajsza ulewa dała o sobie znać, wszędzie pełno błota. Rezygnuję, zsiadam z roweru i pcham go do przodu. Przy okazji przejeżdżamy przez Amerykę. Teraz puszę się jak paw, bo mogę powiedzieć (i nie skłamać), że przejechałam rowerem Amerykę. O tym, że jest to mała wieś na północy Polski, już nie muszę wspominać. 

Ameryka po polsku

Trasa zrobiła się lepsza, a wkrótce zobaczyłyśmy znak na fabrykę Tymbarku, która mieści się właśnie w Olsztynku, naszym miejscu docelowym. W pięć minut byłyśmy już w centrum, a że do pociągu zostało nam trochę, poszłyśmy zjeść. Zrobiłyśmy obowiązkowe zdjęcie, ale wyglądamy tak okropnie, że nie mam odwagi go tutaj wstawić. 

Za tydzień zapraszam na wnioski końcowe.

poniedziałek, 6 czerwca 2016

dzień czwarty wycieczki rowerowej, polska

Wczoraj był nasz ostatni dzień na szlaku Green Velo, ale wycieczka trwa dalej, a my mamy jeszcze niecałe 100 kilometrów do zrobienia. Co prawda, obawiamy się, że teraz droga będzie prowadziła jedynie drogą, a nie wsiami i łąkami, ale niepotrzebnie, bo trasa jest fajna, oprócz tych okropnych pagórków, i ciągle spotykamy na niej rowerzystów. Natykamy się nawet na miłą parę, która od dwóch dni jedzie za nami i która o nas słyszała z opowieści innych, których spotkaliśmy. Stałyśmy się takie sławne!


Rano spokojnie idziemy najpierw na śniadanko, wliczone w cenę. Pani robi nam specjalnie jajecznicę, a my przezorne bierzemy po jabłku na drogę. Przykro mi opuszczać tak wygodny hotel, zwłaszcza, że ten następny na zdjęciach nie prezentuje się najlepiej. Żegnamy się jeszcze z dwoma rowerzystami, z którymi od dwóch dni non stop się mijamy, bo jadą w innym kierunku. Droga, jak zwykle, zaczyna się od ostrej jazdy w górę. Jakoś mnie już to nie zaskakuje. Jedziemy chwilę asfaltem, by zaraz zjechać w las i pnąc się ciągle do góry (naprawdę, gdybym wiedziała, że tutaj tyle pagórków, to bym bliżej w Beskidy pojechała) mijamy dwa jeziora. To chyba pierwsze, na które natykamy się na Mazurach. Nie zatrzymujemy się długo, bo dostępu do nich za bardzo nie ma. 


Trasa dzisiaj krótsza, ale idzie nam powoli. Cały czas pod górkę. Żeby był jeszcze podjazd, i z górki, tutaj jest długo i mozolnie pod górę, na trochę trasa się wyrównuje... żeby za chwilę znów pod górę. Myślałam, że takie trasy zostawiłyśmy z sobą razem z końcem drugiego dnia, ale te do Olsztyna jednak są dużo gorsze. Powoli zaczyna boleć mnie kolano. Jednak za dużo nie potrenowałam przed wyjazdem i teraz żałuję. Robimy przerwę. To chyba moja ulubiona część wycieczki. Zajadamy się, uzupełniamy płyny i mam w końcu czas by robić zdjęcia!

Chwilkę z górki...

... żeby zaraz znów było pod górkę.



Pod koniec trasy zjeżdżamy na drogę asfaltową. Już blisko do Olsztyna i to się czuje. Samochody pędzą obok, łącznie z policją, GPS zaczyna nam wariować i robimy trochę dodatkowych kilometrów jeżdżąc w kółko. Powtarza się to również, gdy dojeżdżamy do miasta. Musimy pytać ludzi o drogę, na co kiwają głową, że daleko jeszcze! Widocznie dwa kilometry to obecnie daleko dla ludzi. Gdy w końcu docieramy, widzimy nasz hostel-hotel, tuż obok Wysokiej Bramy. Nie wiadomo za bardzo, bo gdy rezerwowałam to był to hotel. Na budynku jest napisane hotel, ale wyżej wielkie litery głoszą, że to hostel. Choć domyślamy się, że musiał być zdegradowany do roli hostelu, bo literka s jest mocno ściśnięta między o i t. Wysoka Brama zaprasza nas na starówkę, ale najpierw trzeba doprowadzić wygląd do stanu przynajmniej jako-takiego. Zaczyna się cudowanie, najpierw wnoszę bagaże, przyjaciółka siedzi z rowerami przed. Potem trzeba wnieść rowery na pierwsze piętro, gdzie tym razem są przechowywane w palarni. Łazienkę mamy dzieloną, ale dużo pokoi stoi pustych, więc to nie problem, mamy całą dla siebie. Potem zwiedzamy Olsztyn, czyli idziemy jeść. Jak dobrze jest chodzić! Ryneczek ładny, dużo turystów, śpiewaków i kolejek po lody. W końcu kupuję pierwszą i jedyną pocztówkę z całej wycieczki. Szukamy czegoś do zjedzenia, ale żadna nie ma ochoty na pizzę ani na obiad za 60 złotych. Trafiamy na właściwe rozwiązanie - bar mleczny. Gdy dojeżdżałam do szkoły zawsze mijałam jeden taki bar, i dzień w dzień niesamowicie od niego cuchnęło. Ten w Olsztynie jednak jest zadbany, udekorowany i pełen ludzi. Obiad wychodzi nas mniej niż 20 złotych razem z koktajlem, a na dodatek mamy ładny widok na rzekę, gdy jemy. Postanawiamy zjeść tu rano. Chodzimy jeszcze chwilę po Olsztynie, jemy lody, ale zmęczenie nas morzy, wracam do hostelu-hotelu i ja odpływam w krainę snów jeszcze przed dziewiątą.


Pies pogardził najpierw resztkami naszej pizzy, a potem postanowił... nasikać na mój rower. Niedoczekanie!