Pokazywanie postów oznaczonych etykietą #barcelona. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą #barcelona. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 27 marca 2017

cebulki! hiszpania

Marzec to miesiąc katalońskich cebulek, czyli calcots. Jest to jedyny hiszpański region gdzie uprawia się te smaczne warzywa. Już raz miałam okazję je spróbować, więc z niecierpliwością czekałam na marzec w tym roku. I w końcu, pojawiło się ogłoszenie, że 26 marca będzie organizowana tak zwana calcotada. Tym razem zorganizowana na małym placu, wejście kosztowało 12 euro. Bilety można wcześniej rezerwować, ale płaci się na miejscu, gotówką. 

Zaczęło się o 14, na placu rozstawiono ze cztery długie stoły. Za obrus posłużyły kartki przylepione taśmą do stołu. I bardzo dobrze, bo przy cebulkach nie da się nie ubrudzić. Za pierwszym razem dostaliśmy śliniaczki i rękawiczki. Tym razem niestety nie, choć niektórzy przyszli już przygotowani. Ja jakoś nie przemyślałam swojego ubioru i ubrałam się na biało. Szybko zrozumiałam swój błąd, ale udało mi się niczego nie zabrudzić. Nie wiem jakim cudem, bo cebulki są wrzucane na grill i są pokryte całe  popiołem. Popiół ściąga się ręką, a cebulkę zamacza w sosie. Sos jest przygotowywany z pomidorem i między innymi również migdałem. Taką cebulkę całą aż do popiołu, którego nie udało nam się ściągnąć. 


Za 12 euro dostajemy również wino, wodę, pomarańczę, fasolę, butifarrę czyli smaczną kiełbasę katalońską i porządną pajdę chleba. Chleba przypominającego ten polski, czyli coś za czym najbardziej tęsknię. Do tego pomidor, żeby zrobić sobie samemu chleb z pomidorem. Cała Hiszpania śmieje się z Katalonii, że ludzie tu mieszkający są bardzo skąpi. Zamiast pokroić pomidora i dać na kanapkę to wcierają pomidor w kanapki i w ten sposób oszczędzają na pomidorach. Trochę prawdy jest w tym skąpstwie.


Po zakończonym lunchu, przyszedł czas na typową rozrywkę starszych Hiszpanów - bingo! Udało nam się nawet wygrać 5 euro. Teraz trzeba czekać kolejny rok na kolejne takie spotkanie.

poniedziałek, 20 marca 2017

zapach czekolady, hiszpania

Pora na ostatnie, ciekawsze muzeum Barcelony. Te, tym razem, wyczujecie już z daleka. Znajduje się na ulicy Comerc i znaleźć je można po zapachu czekolady. Wejście kosztuje 6 euro, ale muzeum jest maleńkie. Co jakiś czas organizowane są tu warsztaty, kosztowanie czekolady, kursy i pokazy. Jest to płatne dodatkowo i trzeba wcześniej zarezerwować sobie miejsce. Wchodzimy prosto na kasę i małą kafejkę. Płatność kartą jest możliwa, ale tylko przy minimum 10 euro. Akurat nigdy nie noszę ze sobą gotówki, więc nie jest mi to na rękę. Wyszłam, na szczęście mój bank jest prawie na każdym rogu, i po pięciu minutach wróciłam. I trafiłam akurat na wycieczkę seniorów i wycieczkę francuskiej podstawówki. Uzbroiłam się w cierpliwość, bo kolejka przesuwała się w żółwim tempie, bo pani na kasie i obsługująca kafejkę była tylko jedna. 



Biletem jest tabliczka czekolady. Niezbyt duża, ma z tyłu kod, który po zeskanowaniu wpuszcza nas do środka. Cudowne rozwiązanie, zwłaszcza, że byłam głodna po pracy. Muzeum jest podzielone na 9 stref. Dziewiąta jest zamknięta dla zwiedzających, odbywają się tam warsztaty. Ale od początku.



Sala 1 to kafejka, druga to pochodzenie czekolady. Nie wiem czy wiecie, ale czekolada pochodzi od Majów. Był to bardziej napój z ziaren kakaowca, połączony z wodą, obrzydliwie gorzki. A jako, że Europejczycy nie przepadają za gorzkimi smakami, dodali wynalazkowi słodkości (nie mówię, że od razu, kto mniej więcej zna historię, poukłada to sobie chronologicznie). Ziarna były tak cenne, że służyły za środek płatniczy. Niewolnik kosztował 100 takich ziarenek, usługa u prostytutki już tylko 10.



Sala trzecia i czwarta jest poświęcona wizerunkowi czekolady w sztuce i w kulturze. Niestety, tutaj większość jest po katalońsku, co jest nieziemsko frustrujące, bo o tłumaczenie już nie zadbano. Inną ciekawostką jest to, że obdarowywanie się czekoladkami należało do uprzejmości, a kobiety się nimi zajadały o każdej porze dnia (do tej pory tak zostało). Picie czekolady natomiast było rozrywką szlachty i arystokracji - rytuał przyrządzenia oraz cena ziarna nie był na kieszenie zwykłego obywatela.


W sali piątej zobaczymy rzeźby mistrzów czekolady. Robią wrażenie. Są tu całe sceny z filmów, książek, postacie, budynki. I wszystko z czekolady. Przy okazji (to już w sali ósmej, która ma wystawę tymczasową) znajdziemy tam również postacie z Gwiezdnych Wojen. Mmmm, taki czekoladowy Yoda...




Strefa szósta to audiowizualne opowieści, dla tych którzy nie przepadają za czytaniem. To o czym było wcześniej napisane, teraz możemy posłuchać i to aż w czterech językach. Na końcu sala siódma, pełna maszynerii. 



Wychodzimy również prosto na kafejkę, gdzie ceny czekolady są jak za epoki Majów, ale sam smak czekolady i to jak rozpływa się w ustach jest wystarczające na wytarcie łez po opustoszeniu portfela.







poniedziałek, 6 marca 2017

chodźmy do łóżka w Barcelonie, hiszpania

Pora na kolejne muzeum, dość znane wśród turystów z powodu boskiej Marilyn Monroe machającej z balkonu na Rambli. Mowa o Erotycznym Muzeum Barcelony. Dla co poniektórych będzie to zbyt wyzwolone i śmiałe, więc radzę przestać czytać już teraz. Tych, którzy mają nieco odwagi na więcej zapraszam dalej.

Wstęp kosztuje 9 euro, można otrzymać zniżkę, jeśli przyniesiemy mały kartonik - taki jak ulotka. Zdobyć go możemy na wieszaku z ulotkami w muzeum, które opisywałam w zeszłym tygodniu. Na wstępie dostajemy kieliszeczek szampana oraz informację, że jeśli napiszemy komentarz w mediach społecznościowych na temat muzeum otrzymamy upominek. Otrzymałam, ale nie zdradzę co to było.

Muzeum nie jest duże i na pewno nie jest to odpowiednie dla rozrywki całej rodziny. Zbiory i liczba informacji jest natomiast całkiem duża. Mamy tu również podział na części. Dużą część stanowi historia pornografii i erotyki na przestrzeni wieków w różnych krajach. Mamy tu starożytny Egipt, Grecję i Rzym, a także Chiny i Japonię. Oto kilka ciekawostek:
  • W starożytnej Europie stosunek przedstawiano głównie w pozycji na pieska, bo umniejszało to rolę kobiety.
  • W Starożytnym Egipcie prostytutki były wolne i szanowne.
  • W Chinach im więcej partnerów seksualnych miał Cesarz, tym dłużej żył. Jeden swego czasu miał ich kilka tysięcy.
  • W starożytnym Rzymie seks wyznaczał status społeczny. Nie tylko jego obecność, ale również rola! Członek wyższej warstwy społecznej musiał być zawsze aktywny, bo pasywność była uznana jako zbrodnie na wolnym człowieku.



Na samym wstępie do sali japońskiej jesteśmy witani przez ogromnego penisa z drewna. Najciekawszą rzeczą są jednak ryciny, tzw. shunga. Dla Japończyków seks był przede wszystkim eksperymentem. Znajdziemy tu dosyć odważne sceny, również powiązane z zoofilią. Wśród nich słynna ośmiornica. Co ciekawe jednak, Japończycy kochają się... w ubraniu. Nie mogło również zabraknąć Kamasutry, którą możemy podziwiać na ścianach.




Jest również sala, gdzie na balkonie stoi Marilyn Monroe. My widzimy ją tylko od tyłu. A ta się pręży i macha i posyła całusy turystom spacerującym po Rambli, żeby zachęcić ich do wejścia. Wśród innych sal, warto zajrzeć do tej, która mówi o Hiszpanii. O tej obecnej i dawnej. Mamy tu nawet do obejrzenia filmy pornograficzne jednego z królów Hiszpanii. Dużo dowiemy się również o historii wibratorów oraz można obejrzeć różne wynalazki, które nie wiem czy miały dawać przyjemność czy raczej zadawać ból. Dowiemy się również skąd wziął się termin sadomasochizm, BDSM czy fetysz. 






Moją ulubioną salą jest jednak ta, w której poznajemy rekordy Guinnessa w dziedzinie seksu. Parę z nich zapamiętałam:
  • Największa ilość mężczyzn obsłużonych przez jedną kobietę w ciągu 24 godzin to 919, podczas gdy największa ilość kobiet obsłużonych przez jednego mężczyznę to jedynie 55. No cóż panowie, do roboty!
  • Mięśniami pochwy jedna kobieta podniosła aż 14,5 kilograma.
  • Właścicielką największej pochwy była Kanadyjka cierpiąca na gigantyzm, miała ona (kobieta, nie pochwa) aż 240 cm.
  • Za to właściciel największego penisa żyje w Nowym Jorku i skarży się na kłopoty... przy odprawie bezpieczeństwa na lotnisku. Nic dziwnego przy 34 cm.


Rekordów jest wiele więcej, ale najlepiej sprawdzić to samemu. Na samym końcu polecam chwilę relaksu w Erotycznym Ogrodzie Muzeum. Są w nim organizowane różne występy. Jest tu również sklepik ... z pamiątkami.




 

poniedziałek, 27 lutego 2017

na sedesie z Obamą, hiszpania

Zaraz wyjaśniam ten dziwny tytuł, ale najpierw o muzeach. Jak wiecie, ciężko zapędzić mnie do jakiekolwiek muzeum. Przykro to stwierdzić, ale po prostu mnie nudzą i no trudno, straszna ze mnie ignorantka. Ale Barcelonie postanowiłam dać szansę. Oczywiście nie żadnym muzeom ze sztuką i w których mogłabym się czegoś nauczyć. W zeszłym tygodniu pisałam o muzeum marihuany, w tym tygodniu czas na muzeum iluzji.


Mieści się przy ulicy Pintor Fortuny, również blisko Rambli. Zmierzając do niego, warto zwrócić uwagę na małą piekarnię, w której podają coś w rodzaju naszych pączków. Ale wyglądają tak apetycznie polane czekoladą i posypane orzechami, oreo i jeszcze ze śmietaną na czubku. Jakieś tysiąc kalorii jak nic. Budynek muzem jest niewielki i takie w sumie jest. Wejście kosztuje 10€, ale na internecie można znaleźć zniżkowe za 5€. I radzę skorzystać, bo po wyjściu miałam mały niedosyt, ale za taką cenę (zniżkową) byłam w stanie to przeboleć.











Niektóre zdjęcia wychodzą lepiej, niektóre ze względu na oświetlenie dużo gorzej. Tak samo niektóre malunki są lepsze. Przy niektórych, obiecuję, uśmiejecie się nieziemsko. Jak właśnie na toalecie z prezydentem Obamą i kanclerz Merkel. Zdjęcia mówią same za siebie.







poniedziałek, 20 lutego 2017

trawka w Barcelonie, hiszpania

 Mało osób wie o tym, że marihuana w Hiszpanii jest legalna. Ma to jednak ograniczenia. Nie jest tak jak w Holandii czy Czechach, że można wejść do sklepu i kupić. Zioło jest legalne, ale tylko do celów leczniczych. Na własny użytek, można również hodować w domu, bo... nie ma tutaj rozróżnienia między marihuaną leczniczą, a zwykłą, nazwijmy ją rozrywkową.

Gdy zmierzamy ulicami Barcelony na zapach możemy się natknąć wszędzie. Nie do końca jest legalne to, żeby palić trawkę na zewnątrz. Mimo to, dużo osób decyduje się na jointa z przyjaciółmi. Co więcej, policja ma prawo kazać go zgasić, podobno ktoś kiedyś dostał nawet mandat, ale są to bardziej legendy miejskie, gdyż stróże prawa bardzo przymykają oko.
Dla zwolenników trawki polecam muzeum konopi i marihuany (Hemp & Marijuana Museum Barcelona). Parę dni temu poszłam i nie zawiodłam się. Muzeum mieści się na ulicy Ample, bardzo łatwo tam trafić z Rambli. Dawniej była to prywatna posesja, pałac Mornau, przerobiona pięć lat temu w pałac marihuany. Budynek jest piękny, dużo pozostałości po dawnych mieszkańcach. Co przykuło moją uwagę to tłoczenia charakterystycznego liścia w szybach. 



Wjazd kosztuje 9 euro, małą zniżkę dostaniecie jeśli kupicie bilet przez internet. Na wstępie dostajemy  czytnik i chodząc od jednej ekspozycji do drugiej przykładamy go w wyznaczonych miejscach. Wszystkie nagrania to ponad dwie godziny, ja troszkę skróciłam, zwiedzenie (razem z zakupami w sklepiku pamiątkowym) zajęło mi godzinę. Przyszłam dosyć późno, bo około dziewiątej wieczorem (zamykane jest o dziesiątej) i zwiedzałam sama. Mnie to akurat odpowiadało, bo mogłam robić tyle zdjęć ile chciałam. Ekspozycja jest podzielona na parę części. Pierwsza to historia i użytek w dawnych czasach, znajdziemy tu ogromną kolekcję fajek, które robią wrażenie swoimi misternymi zdobieniami. Potem mamy użytek konopi, na przykład do przygotowania lin i sznurów. Jest również ciekawostka, która zaskoczyła mnie, bo nigdy nie zauważyłam, że na kolumnie z Krzysztofem Kolumbem w Barcelonie znajdują się charakterystyczne liście. A związane to jest bardziej właśnie z tradycją żeglarską. 





Duża część poświęcona jest leczniczemu działaniu marihuany. Jak dla mnie była to najbardziej edukacyjna część wystawy. Upada wiele mitów, a dowody są niezbite. Co prawda, udowadnianie, że Jezus palił trawkę i że w Biblii jest dużo odniesień do zioła jest nieco dla mnie przesadzone, ale można się dużo nauczyć i być może zmienić zdanie.



Następnie przechodzimy do ostatniej części - marihuana w kulturze. Tu wzmianki o kinie, muzyce, słynnych postaciach. Tych za i tych przeciw. Tutaj, dużo jest poświęcone właśnie negatywnemu wizerunkowi jaki przedstawia palenie zioła. Moim ulubionych plakatem, który wisi na jednej ze ścian jest przedstawiający parę. Mężczyzna oferuje jointa dziewczynie, a nad nim wisi pytanie: "Czy dżentelmen powinien oferować damie jointa?".



Na zakończenie mamy budkę fotograficzną, gdzie za darmo możemy cyknąć sobie zdjęcie... na polu marihuany. Mimo, że byłam sama to świetnie się bawiłam, czego rezultatem są te zdjęcia (nie wiem czemu mam na nich tak głupi wyraz twarzy):



Gdy zejdziemy już na parter (ekspozycja jest na pierwszym piętrze) mamy maleńki sklepik z pamiątkami. Zakupić tu możemy czekoladę, herbatę, kremy do rąk, książki czy ziarenka pod własną uprawę. Jako ogromny fan herbaty, od razu zakupiłam jedną o nazwie detoks. Jest to herbata zielona z owocami. Pachnie pięknie, w smaku taka sobie. Niesamowita na kaca, którego nabawiłam się po wyjściu z muzeum w jednym z moich ulubionych barów - Bollocks (tłum. bzdury).