Pokazywanie postów oznaczonych etykietą #portugalia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą #portugalia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 7 czerwca 2015

porto, portugalia

Ostatnim miastem, do którego udało mi się zajrzeć w Portugalii było Porto. Jest mniejsze od Lizbony, ale tańsze i jakoś tak bardziej przytulne i przyjazne. Pokój w hostelu można dostać już od 7 euro, hostel był w centrum, z bardzo dobrym dojazdem. Ale wszędzie można dojść pieszo, co polecam, bo podczas przypadkowo wybieranych dróg na spacerze zawsze odkryjemy coś więcej niż zwykły turysta. 




Na takie i inne cuda można trafić jedynie podczas przypadkowych spacerów. Raz, właśnie w Porto, trafiłam na mały sklepik z winami. Wiadomo, Porto słynie ze swojego cudownego Porto, które można kupić w Biedronce za około 40 złoty, i to oryginalne, więc nie jest to żadna podróba. W maleńkim sklepiku bardzo pomocna pani pomogła wybrać, a także dała spróbować cudownego dżemu z wina, które zakupiłam za 9 euro, a które prawdopodobnie bardzo smakowało panu na lotnisku. No cóż, nauczka na przyszłość. W Porto jest wiele miejsc, z których możemy spojrzeć na miasto z góry. Czerwone dachówki, kanciaste dachy i przydomowe ogródki.


Przez Porto przepływa rzeka, nie dzieli ona jednak miasta na dwie części, ale jest granicą między dwoma miastami. To drugie, Vila Nova de Gaia, co prawda należy do aglomeracji Porto, ale mieszkańcy podkreślają, że to zupełnie inne miasto niezależne od Porto. Warto jednak przejść przez charakterystyczny most i spojrzeć z drugiego brzegu na piękne kamienice Porto przy brzegu rzeki. 


Przy brzegu rzeki lokalni artyści sprzedają swoje wyroby, ja skusiłam się na piękne kolczyki w stylu fado w kształcie serca. Tam można też spróbować dorsza albo kanapki francesinha (francuzeczka). Kanapka brzmi jak przekąska, którą zabijemy tylko mały głód. Błąd. Francesinha składa się z jajka, dużej ilości sera żółtego oraz mięsa, kilku warstw chleba, sosu, tłuszczu i tysiąca kalorii (dokładnie 1300 kalorii). Chyba dorsz byłby jednak lepszą opcją...


Podczas jednego ze spacerów po centrum miasta spotkałam grupę młodych studentów, którzy na ulicy śpiewali serenady. Każdej kobiecie zaśpiewali piękną balladę. Niby nic, ale podnosi samoocenę. 

sobota, 30 maja 2015

fatima, coimbra, portugalia

Nie jestem fanem odwiedzania miejsc "świętych" i olałabym Fatimę, gdyby nie moja bardzo wierząca koleżanka, która zdesperowana, nie chciała jechać sama i za bilety nie musiałam płacić. Jechałam akurat z Porto, czyli z północy kraju, ale znacznie łatwiej (i logiczniej) dostać się od południa, czyli z Lizbony. Bilety są bardzo tanie, jak generalnie wszystko w Portugalii. 
Nie da się zgubić w Fatimie. Z przystanku autobusowego wszystkie drogi prowadzą do "miejsca objawienia", troszkę jednak trzeba podejść w górę. Po polsku może się nie dogadamy, ale za to polski jest jednym z języków wypisanych na znakach. Wszędzie zakupimy pamiątki, pocztówki, zdjęcia, różańce z płatków róż, wodę święconą.


Kościół jak kościół, nic szczególnego, prócz tego, że znajdują się tam groby dzieci, którym się Maryja objawiła. Miejsce "objawienia" znajduje się z lewej strony kościółka. Stoi tam mała figurka Maryji, oczywiście za szklaną szybką na piedestale. Wokół niej znajduje się mały murek, a za nim kolejny murek. Gdy podchodziłam bliżej, zastanawiałam się po co aż takie zabezpieczenia, które w sumie nimi nie są, bo jak ktoś będzie chciał ukraść, to i tak ukradnie. Podchodzę bliżej i ku memu zdziwieniu, między tymi murkami, starsze kobiety (mężczyzny nie dopatrzyłam się) z różańcem w ręku i na kolanach okrążają figurkę. Ciekawe. 


W drodze powrotnej z Fatimy do Porto wpadłam (dosłownie) na chwilę do Coimbry, która jest miastem bardziej uniwersyteckim niż turystycznym. Być może jest to urocze miasto. Być może coś tam jest. Ja raczej tego nie znalazłam. 


niedziela, 24 maja 2015

sintra, cascais, portugalia

Zwiedziliśmy Lizbonę, a zostało nam jeszcze parę dni i troszkę się nudzimy? To zwiedzamy okolice! Lizbona ma bardzo dobre połączenia komunikacyjne do Cascais oraz do Sintry. Znajdują się one nawet nie godzinę drogi od stolicy, a bilety nas nie zrujnują. 
Cascais i Sintra to dwa miejsca całkowicie odmienne, więc tylko od was zależy, które wybierzecie (a może oba?), bo zależy czy wolicie góry i bajkowe zamki czy raczej wygrzać się nad oceanem, zwiedzając przy okazji małe miasteczko portowe. Mnie udało się zwiedzić oba. 
I niestety, oba mnie zawiodły. Cascais miało być krótkim wypoczynkiem, a pojechałam tam, ze względu na to, że nigdy jeszcze nie byłam nad oceanem. I nie przewidziałam, że słońce nie świeci tam 365 dni na rok i cóż, zmokłam. Miasteczko jest urocze, gdzieś tam w tych wąskich uliczkach ukryty jest sklep z czekoladą, a bardziej jej muzeum, gdzie kupić można na przykład myszkę do komputera z białej czekolady, lub ołówek z mlecznej. Można przejść się brzegiem, poczuć piasek pod stopami. Albo zmoknąć, zmarznąć i złamać parasol. Kto, co woli. 


Sintra za to jest nastawiona bardzo na turystów. Promotor restauracji już z daleko uśmiecha się i krzyczy "cześć" z portugalskim akcentem, ale po polsku. I mówi, że potrafi porozumieć się w prawie każdym języku, ale tylko tak, żeby zachęcić do zjedzenia w restauracji, dla której pracuje. Dobra i taka motywacja do nauki języków. Już przy stacji kolejowej za opłatą 5 euro wsiadamy w autobus, który zawiezie nas pod każdy zamek. I dobrze zrobiłyśmy, bo spacer zajął by dwie godziny do jednego zamku, a jest ich bodajże cztery. Każdy z nich inny. Z jakiegoś względu autobus nie zatrzymał się pod jednym i pojechał dalej. Widoki bardzo ładne. Trasy są proste, więc spacerek dość lekki. Za zwiedzanie każdego zamku, niestety, musimy dodatkowo zapłacić. Sintra, jak dla mnie, jest dużo bardziej klimatyczna, znowu wąskie uliczki, ale zwiedzane szczególnie rano, wydają się jak nie z tego świata, za mgłą, żadnych ludzi. Gdy wróciłam autobusem do centrum po zwiedzeniu zamków (nooo dobra, wewnątrz nie byłam) klimat się ulotnił, a mgłę zastąpiła powódź... turystów.

wtorek, 19 maja 2015

lisboa, portugalia

Loty do Portugalii z Polski są raczej drogie i nie jest to tak popularna destynacja jak na przykład Hiszpania czy Włochy. Dlatego będąc w Caceres, godzinę drogi od granicy z Portugalią, pierwszą rzeczą jaką sprawdziłam było jak dostać się do Lizbony, która owiana tajemniczością, bardzo mnie kusiła. I znalazł się pociąg z Madrytu do Lizbony zatrzymujący się na stacji Caceres, i to za stosunkowo niewielkie pieniądze. Szczęśliwa, zostało tylko zabukować hostel. Nie znając jeszcze mapy Lizbony, zabukowałam trochę na czuja w dzielnicy Belem. Brzmi znajomo? To właśnie stamtąd pochodzą słynne na cały świat ciasteczka. Dzielnica troszkę oddalona od centrum, ale bardzo urokliwa i pełna obiektów turystycznych. 

Wieża Belem

Pierwszą logiczną rzeczą po przyjeździe było, oczywiście, spróbowanie ciasteczek. Smaczne, ale dużo szumu, a aż tak mnie nie zachwyciły. Kolejka, żeby je dostać ogromna. Ale za to cena przyzwoita. I cudowny zapach cynamonu w powietrzu. Tuż obok piekarni, stoi ogromna katedra rodem z filmu o Harrym Potterze, którą można zwiedzić od środka, a po przeciwnej stronie Wieża Belem. No nic, to już tramwajem zostało nam pojechać do centrum. Ważne, żeby pamiętać, że biletu nie kupimy niestety w tramwaju, lecz potrzebujemy specjalnej karty, którą można kupić w metrze. Można pytać przechodniów, jeśli zrozumieją pytanie, to bardzo chętnie pomogą. Z wizyty w Portugalii najbardziej zapamiętałam właśnie to, że Portugalczycy są bardzo mili i pomocni. 


Ta brama to wejście na bodaj najbardziej znaną ulicę Augusta, która turystycznie kwitnie, czyli bary, kawiarnie, sklepiki, itp. Co najbardziej kojarzy się z Lizboną? Tramwaje! Ale nie takie zwykłe, tylko takie, które z trudem powoli pną się naprzód po stromych ulicach. Choć może nie powinnam używać liczby mnogiej, bo taki tramwaj widziałam tylko jeden. Za tramwaj musimy symbolicznie zapłacić, jazda trwa bardzo krótko, a widok z obu stron jest głównie na piękne murale. Jeśli chcemy zobaczyć Lizbonę z góry, to warto przejść się pod windę świętej Justy (Justyny?), gdzie również za opłatą 5 euro wiedziemy na szczyt. Winda jest dziwnie usytuowana między budynkami i łatwo ją przeoczyć. Widoki za to są przepiękne (tu na kolumnę Piotra IV i zamek św. Jerzego).



Lizbona, mimo, że jest stolicą, nie uderzy nas bardzo po kieszeni. Wspomnienie o drogich biletach lotniczych zostanie zamazane, gdy z kieliszkiem wina wsłuchani w muzykę Fado będziemy zajadać się ciasteczkami z Belem.