Pokazywanie postów oznaczonych etykietą #us. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą #us. Pokaż wszystkie posty

sobota, 5 września 2015

chicago, stany zjednoczone

Chicago to jedno z najbardziej polskich miast w Stanach, a także jedno z moich najbardziej ulubionych. Jako, że omijam Nowy Jork z daleka, to ląduje zawsze tutaj, i co uważam za urocze, na lotnisku można porozumieć się w języku polskim. Łatwo wszędzie dojechać dzięki kolejkom nadziemnym i podziemnym, na które musimy mieć kartę, którą można kupić w pobliżu stacji, a na samej stacji doładować ją i dostać mapę. Na lotnisko również dostaniemy się taką kolejką, niebieską linią. W Chicago jest mnóstwo rzeczy do pozwiedzania, więc zaplanujcie dłuższy pobyt. 


Taki oto cudowny skyline zrobimy i zobaczymy z Navy Pier, na który dostaniemy się za darmo (jak odmiennie od NY). Tu akurat tuż przed burzą (to moje szczęście do burz). Rzecz, którą absolutnie trzeba zrobić to wjechać na Willis Tower, która wcześniej nazywała się Sears Tower. Jest to bodajże 105 piętro z przeszklonymi tarasami widokowymi, z których spojrzymy pół kilometra w dół. Tak, 500 metrów w dół, na co też się odważyłam. Zawrót głowy murowany. Wjazd kosztuje 25$.


Następny punkt, który leży bardzo blisko to park Granta, w której znajdziemy Bąbla, czyli The Bubble. Bąbel jest niesamowicie fotogeniczny, a co więcej wychodzą w nim cudowne selfie :) Odbija się w nim również skyline Chicago. 


W parku najlepiej zrobić sobie piknik i zjeść bajgla na słono lub słodko. Jak dla mnie obie opcje są przepyszne. Najlepsza opcja: pszenny bajgiel z jagodowym cream cheese (to jest coś jak nasz twaróg, ale nie do końca!). Do tego Arizona Tea o smaku mango i taki widok. Magia.


Chicago to miasto Al Capona. Specjalnie pojechałam do jego baru, który znajduje się bardzo daleko od centrum. I o tej porze dnia jest zamknięty. Warto podjechać wieczorem, mimo, że dzielnica nie za bezpieczna, to ciekawa. Podobno w Chicago warto nosić 10$ w kieszeni na wypadek, gdyby nas ktoś okradł. Zamiast dawać cały portfel, to szybko wyjąć banknot. Czemu tak mało? Bo zazwyczaj są to ćpuni albo pijacy. 


Chicago jest bardzo fajnie opisane w książce Waldemara Łysiaka "Asfaltowy Saloon". Są to wspomnienia autora z podróży w roku 1977. Trochę może przedawnione wspomnienia, ale za to opisane w zabawny sposób. Polecam!

sobota, 29 sierpnia 2015

los angeles, stany zjednoczone

Po odwiedzeniu miasta, cały czas zastanawia mnie fakt, że jest ono tak bardzo popularne. Zwiedzania tam jest może na dwa dni, wszędzie nieziemsko daleko, a atmosfera pseudo-glamour nie jest w moim stylu. Najlepiej dostać się do LA samolotem. Ja zrobiłam błąd i przyjechałam autobusem z San Francisco. Gdy wyszłam z dworca autobusowego to prosto w najgorszą dzielnicę. Ok, bogato nie wyglądam, hop w pierwszy autobus do centrum. Przeżyłam. Hostel mieścił się w dzielnicy koreańskiej i szczerze, nie mam pojęcia jak ja go w ogóle znalazłam w necie, bo okazało się, że jest to dom gościnny dla Koreańczyków. Wszystko opisane po koreańsku, właściciel ledwo dogadywał się po angielsku. Do dzisiaj myślę nad tym co mówił napis w łazience, który oprócz koreańskiej wersji miał jeszcze wytłuszczone 50$ z wykrzyknikami. Dobra jedziemy do centrum, które uznaje za cały ten dywan ze sław. I tu moje zdziwienie. 


Spodziewałam się, że jest to najbardziej glamour ulica i będą tam butiki słynnych projektantów, gdzie nie stać mnie nawet na breloczek, kluby i restauracje. A tu sklepiki z pamiątkami za 4$, ciucholandy i butiki, ale dla transwestytów. Generalnie szemrane miejsce, naręcza dziwek, ale za to ile zabawy w szukaniu tych wspaniałych gwiazd. W sumie to nawet pasuje do celebrytów. Następnym logicznym przystankiem jest znak Hollywood. Ciężko tam dojechać, autobusów nie ma (w dodatku trafiłam na święto, więc i tak nic nie kursowało), ale za to znak widać z alei sław. Zdjęcie trochę kijowej jakości, ale nie wyszło tak z lenistwa, ale z przeciwności losu.


Co robić jeszcze w LA? Jest historyczna dzielnica El Pueblo, hala koncertowa Walta Disneya, ale są też plaże! Co prawda nie leżą one w Los Angeles, ale w Santa Monica, Malibu Beach i tak dalej, więc trzeba zarezerwować sobie dobrą godzinę, żeby tam dojechać. Ja wybrałam Santa Monicę ze względu na molo, atrakcje oraz końcową stację Route 66, czyli matki wszystkich amerykańskich dróg. A na plaży zimno!


sobota, 22 sierpnia 2015

columbus, stany zjednoczone

Columbus to miasto, w którym nic nie ma. Coś jak moje cudowne Katowice. Ale to tylko pozorny stan rzeczy. To miłe i przyjemne miasto, które, jeśli ma się przewodnika-tubylca to zawsze znajdzie się coś do roboty. Co więcej, tak jak Kato, na każdym kroku widać przebudowę. A to znaczy, że coś się dzieje, ktoś o to dba. Tradycyjnie, spacer zaczęłam od brzegu rzeki, gdzie jednak wszystko było rozkopane, i trochę to wyglądało tak, jakby na siłę próbowali zawrócić rzekę. Co jak na US wcale by mnie nie zaskoczyło. Uwielbiam Stany Zjednoczone, ale niektóre ich rozwiązania uważam za dziwne. 


Nie ma tu starówki. Jest natomiast starsza dzielnica, w której znajdziemy stary browar. Nie wiadomo czy jeszcze się tam coś produkuje. Nawet jeśli nie, to mnóstwo jest w tej dzielnicy barów, które wyglądają na drogie i nowomodne. Nie mój styl. Niedaleko browaru stoi młot. Pomnik młota. Ogromny. Fotogeniczny?



Zaraz koło centrum naukowego, do którego jest nieziemska kolejka, a które może okazać się super zabawą dla najmłodszych, jako, że wszystko jest interaktywne, stoi najdziwniejszy pomnik, jaki kiedykolwiek widziałam. Jest to pomnik... byłego gubernatora Kalifornii, a także najbardziej znanego kulturysty wszech czasów, czyli terminatora, Arnolda Schwarzeneggera. Dlaczego tam? Poszukałam, poczytałam. Otóż tam odbywa się konkurs organizowany przez byłego gubernatora, który z jakiegoś względu uwielbia to miasto. Terminator nie może się mylić. Jedźcie do Columbus w Ohio!


niedziela, 16 sierpnia 2015

cincinnatti, stany zjednoczone

Ohio jest przyjemnym stanem, na każde miasto możemy poświęcić jeden dzień. Najtaniej wyjdzie nas Greyhound, autobusy o wysokim standardzie. Bilety najlepiej kupować online, bo są najtańsze. Cincinnatti jest położone nad rzeką Ohio, która jest również granicą stanu. 


To co przykuło moją uwagę to ogromne, kolorowe murale w całym mieście. Spacer możemy rozpocząć od stadionu miejscowej drużyny i przejść się brzegiem rzeki do Underground Railroad Freedom Center czyli muzeum wolności. Tamtędy przebiegała droga do wolności zbiegłych niewolników. Wstęp do muzeum jest płatny, ale kosztuje grosze i polecam, bo jest bardzo ciekawe. Następnie ja udałam się do centrum, które dużo nie różni się od innych młodych, amerykańskich miast. Między ogromnymi wieżowcami można znaleźć architektoniczne perełki albo starsze budownictwo, albo takie, które ma je udawać.




Podczas mojej wycieczki pogoda była upierdliwie gorąca i wilgotna, po czym zebrało się na burzę z piorunami. Zapomniałam kupić wody, i jak na złość nie było żadnego 7/11 czyli najpopularniejszego sklepu w Stanach (i nie tylko), który jest bardzo podobny do naszych marketów Fresh lub Żabka. Można w niej też dostać mój ulubiony napój, czyli Arizona Tea. Czyli coś jak zimna herbata z dużą zawartością wszelakiej chemii i o różnych smakach. U nas też już można ją dostać, ale smaków jest do wyboru ze trzy, a cena przebija nawet kawę w Starbucksie, podczas gdy w stanach za ponad pół litra zapłacimy 1$. Ku mojemu nieszczęściu w Cincinnatti nie zauważyłam też żadnej wodnej fontanny. W USA za wodę nic nie płacimy, wszyscy piją z kranów lub właśnie z takich fontann. Jeśli chcemy w sklepie kupić... no cóż, jest to wydatek większy niż 2 litry coli. Nie wszystko w Stanach jest logiczne. 

niedziela, 9 sierpnia 2015

cleveland, stany zjednoczone

Stan Ohio nie jest może najczęściej odwiedzany przez turystów. Być może dlatego, że nic tam nie ma. Albo dlatego, że Cleveland, które leży w części północnej tego stanu zostało wybrane najbardziej ponurym miastem w Stanach Zjednoczonych. Pogratulować tytułu, który, według mnie, został przyznany niesłusznie i niesprawiedliwie. Cleveland zwiedzałam sama, a mimo to, nie czułam się ani ponuro ani samotnie. Ludzie są przemili i pomocni, nie wszyscy oczywiście, mówię o tych, których ja spotkałam. Na najbardziej ponure miasto wybrałabym tendencyjnie Nowy Jork. Wracając do Cleveland. Znajduje się nad brzegiem jeziora, ale nie znalazłam miejsca, gdzie można byłoby się kąpać. Być może jest, ale o to pytałabym miejscowych, gdyby miała tam spędzić więcej czasu. Nad brzegiem za to stoi jeden z bardzo modernistycznych budynków Cleveland, czyli muzeum rock'n'rolla.  Niektóre wystawy są za darmo, za niektóre trzeba zapłacić. 


W momencie, gdy wychodziłam z muzeum, usłyszałam huk, grzmot, hałas i nie za bardzo wiedziałam co to, ale wrażenie było takie jakby właśnie rozpoczęto bombardowanie. Ale spokojnie, to tylko 10 samolotów F-16 wyfrunęło w przestworza. A ja już chciałam paść płasko na ziemię (jakby to miało pomóc). Po minach przechodniów łatwo było rozpoznać kto jest miejscowy, a kto turystą. Niedaleko muzeum, również przy brzegu, stoi okręt podwodny, który służył w trakcie w drugiej wojnie światowej. Obecnie jest to również muzeum. Wejście na pokład kosztuje 5$, które warto wydać, bo ja się bawiłam świetnie. Można zejść również pod pokład i zobaczyć od środka jak takki okręt jest zbudowany. Można położyć się na marynarskich leżankach, usiąść w stołówce i posłuchać o historii statku. Przy czym jest dość ciemno i cicho, więc wyobraźnia pracuje na zwiększonych obrotach. O mało zawału nie dostałam jak przede mną zeskoczył z leżanki jakiś turysta.


Nie brakuje też polskich akcentów, bo idąc w stronę centrum przejdziemy przez skwer Pułaskiego. W samym centrum nie ma już za bardzo co robić. Ogromny budynek, który okazał się centrum handlowym nie robi wielkiego wrażenia. W środku natomiast na drugim piętrze znajduje się mały sklepik z pamiątkami i historią Cleveland, gdzie obsłuży Was bardzo miły i uśmiechnięty pan (doprawdy nie wiem o co chodzi z tą ponurością w Cleveland) i poopowiada o drużynie baseballowej, której stadion znajduje się niedaleko muzeum rock'n'rolla. Jak na jeden dzień to dla mnie to była super wycieczka.


niedziela, 2 sierpnia 2015

san francisco, stany zjednoczone

San Francisco to ból w nogach. Nie zrozumcie mnie źle, piękne miasto, ale jako, że wolę chodzić po miastach niż po nich jeździć, to po trzech dniach miałam dosyć. Zwłaszcza, że wpadłyśmy na pomysł, żeby iść pieszo z centrum do miejsca gdzie mieszkałyśmy, ale no cóż, ulica 13 wcale nie leży obok alei 17, i to co wydawało nam się spacerem pięciominutowym zamieniło się w półtora godzinną wspinaczkę to w górę, to w dół. Ale podczas takiego spaceru można odkryć różne rzeczy, a to różowy domek dla Barbie naturalnych rozmiarów, a to kanapę na środku ulicy, (która bardzo się przydała), a to wiktoriańskie domki, które bynajmniej nie leżą w jednej z najsłynniejszych dzielnic San Francisco, ale na obrzeżach i są zamieszkane przez całkiem normalnych ludzi. 


Jeśli wybieracie się do San Francisco to polecam zamówić sobie dużo wcześniej wycieczkę do najsłynniejszego wiezienia na świecie, Alcatraz. Nam się nie udało, mimo, że zabrałyśmy się do tego miesiąc wcześniej (!). Na pocieszenie mogłyśmy kupić sobie strój więzienny i zrobić zdjęcie Alcatraz z daleka. 


W San Francisco jest mnóstwo mniejszości i każda ma swoją dzielnicę, lub przynajmniej ulicę. Nie do każdej może warto zajrzeć, ale na pewno trzeba przejść się ulicami Chinatown, które jest ogromne. Jasne, nie poczujemy się jak w Chinach, a wszystko robione jest raczej pod turystów. Możemy zakupić tysiące głupot. 


W dzielnicy latynoskiej są za to piękne murale. 


Jeśli macie czas (a ja miałam go w SF za dużo) urządźcie sobie spacer nie po wybrzeżu, ale raczej w głąb miasta. Ja zaczęłam od cudownego, ogromnego parku z drzewami-olbrzymami, gdzie możemy pojeździć na rolkach, deskach, rowerach, dołączyć się do tańca na wrotkach. Potem spacer pod górę, żeby na własne oczy zobaczyć Twin Peaks (jak ktoś oglądał ten dziki serial), po czym zejść w stronę dzielnicy gejowskiej, gdzie zawsze coś ciekawego może turystę spotkać. 



Do San Francisco przyjeżdża się zobaczyć właśnie te strome ulice po których śmigają żółte tramwaje, a także najbardziej poskręcaną ulicę na świecie, Lombard Street. Na pierwszym zdjęciu w oddali.



No i oczywiście Golden Gate Bridge, który jest symbolem San Francisco. Najpiękniejszy w dobrą pogodę, niezasłonięty mgłą. Można wynająć rower i przejechać, ale najlepiej przejść się, bo ludzi jest tyle, że i tak trzeba schodzić z roweru, albo trąbić i dzwonić cały czas. Spacer trwa około 25 minut. 


niedziela, 26 lipca 2015

yosemite, stany zjednoczone

Yosemite to rozległy park narodowy we wschodniej Kalifornii. Jest znany z dwóch rzeczy. Jedną jest to, że jest to raj dla wspinaczy, a dla prostych turystów to po prostu widokowy raj. A drugą jest ilość ukrytych tam zwłok, bo to jedno z najlepszych miejsc, jeśli chcemy pozbyć się ciała. A przynajmniej tak mówili w jakimś programie. Ciał nie znalazłam żadnych, za to wspinaczy napotkałam paru. 



Jeśli planujecie zwiedzać parki to polecam kupno karty na wejścia do większości parków, bo tak z osobna to kosztuje po około 20$ wejście do każdego. Jeśli nie wybieracie się na wspinaczkę, to jeden dzień wystarczy tu spędzić.




poniedziałek, 20 lipca 2015

grand canyon, stany zjednoczone

Do tego cudu natury możemy się wybrać z Las Vegas wycieczką. W zależności od zasobności portfela polecam dużo skromniejszy South Rim, gdy mamy ochotę na spacerki, a przy tym nie mamy ochoty wydawać fortuny, albo West Rim, gdzie z wielkim rozmachem możemy wejść na Skywalk, czyli mostek z przeźroczystą podłogą i spojrzeć w dół na samo dno. Albo wsiąść do helikoptera i zanurkować w odmęty kanionu. Którąkolwiek część kanionu wybierzemy gwarantuję, że widoki zaprą nam dech w piersi (dosłownie dla tych z lękiem wysokości). 


Co więcej, każde zdjęcie wyjdzie nam cudownie. Na potrzeby jednego zdjęcia zeszłam trochę w dół, a następnie na jedną ze skał, które mocno wystają ponad krawędzie kanionu. Końcówkę pokonałam już na klęczkach, bo nogi drżały mi tak, że byłam pewna, że spadnę. Właśnie na spacerze w południowej części kanionu możemy takie głupoty robić, bo nie ma żadnych barierek (oprócz na "tarasie widokowym"). 



wtorek, 14 lipca 2015

las vegas, stany zjednoczone

Było o prawdziwym mieście na pokaz, to teraz będzie o mieście na pokaz. Las Vegas jest najbardziej sztucznym tworem jaki udało mi się zobaczyć we wszystkich moich podróżach. Hołduje najniższym potrzebom ludzi, przez co poniekąd jest również najbardziej prawdziwe. Czyli coś zupełnie odwrotnego niż Nowy Jork. Sztuczne miasto, ale do cna prawdziwe. I ja odnalazłam się tam bardzo szybko. 
Zgubić się też nie ma łatwo, bo jedna ulica, która idzie prosto jak w mordę strzelił bez zawijasów i niepotrzebnych zakrętów, Jasne, są tam mniejsze uliczki, ale kto by się tam zagłębiał w nie i schodził ze Stripu (nazwa tej głównej ulicy). Strip, a właściwie Las Vegas Blvd., ma wszystko czego potrzebujesz. 



Kolory mienią się prawdziwym złotem. Sklepy, sklepiki, bary, kluby, night kluby, striptiz, prostytutki ekskluzywne i te mniej, no i... kasyna! Wstyd przyznać, ale nie zagrałam. Na małych maszynach miałam okazję zagrać dopiero rok później i to w innym mieście, również znanym jako mniejsza stolica hazardu, ale o tym będzie we właściwym czasie. W pokera, czy inne bardziej skomplikowane gry nawet nie próbowałam. W Stanach każdy zna kogoś, kto zna kogoś, kto był w Las Vegas i wygrał dużą kasę, by zaraz potem ją stracić, chcąc wygrać jeszcze więcej. No cóż, poker daje, poker zabiera. 
Las Vegas jest drogie. Bardzo drogie. Za to hotele są stosunkowo tanie. Dlaczego? Hotel jest połączony z kasynem i jest tylko dodatkiem do niego. Bo na nocleg wydamy 40$, ale w kasynie, no cóż, znacznie więcej. Ja mieszkałam w zamku. Dosłownie. Zamek nie przypominał tych naszych historycznych budowli, ale raczej zabawkę dla dzieci. Widok z hotelu był oczywiście na inne hotele. Wśród różnorodności znajdziemy tu Paryż z wcale nie taką małą wieżą Eiffle'a, Flamingo, MGM, Pałac Cezara, no i oczywiście Nowy Jork! Hotel jest tak zbudowany, że odzwierciedla skyline Manhattanu, znajduje się tam również kolejka górska, którą można się przejechać za 25$ (na pierwszym zdjęciu).

 Nie mogło zabraknąć również amerykańskiej flagi. 


Na Stripie znajdziemy również Goretorium. Jeśli ktoś jest wielkim fanem Eli Rotha, który występuje co jakiś czas w filmach Quentina Tarantino ("Bękarty Wojny"), ale również nakręcił parę swoich filmów, z których najbardziej znany to "Hostel", to Goretorium to jest własnie jego dom strachu. Turyści robią sobie zdjęcia na krześle elektrycznym wystawionym trochę pod publiczkę tuż przed wejściem (ok, ja też mam...). Największe zaskoczenie jest, gdy pewni siebie siadamy na krześle i łup! prądem po rękach.


Piękno nie ma znaczenia w Las Vegas. Liczy się kasa. Największym zaskoczeniem dla mnie było spotkanie starszych pań rozdających ulotki klubów ze striptizem. Starość promująca młodość. 

Las Vegas to tłok i motłoch. Turyści na każdym kroku. Ale ludzie tam też mieszkają. W duchocie i wilgoci, bo pogoda jest nieznośna. W każdy jeden dzień widzą te same historie ludzi, którzy z bogatych stali się biednymi i na odwrót. Ludzi, którym się nie udało, którzy gonią za tym, żeby zaspokoić swoje najniższe żądze. Chciałabym wiedzieć, co mieszkańcy myślą na temat ludzkości.

czwartek, 9 lipca 2015

nowy jork, stany zjednoczone

Któż nie marzy by zwiedzić to miasto, które wyrosło na legendę? Zazwyczaj jest to pierwsze miejsce, gdzie przybywają tłumy turystów z Polski i z całego świata. I prawdą jest, że to miejsce albo się kocha, albo nienawidzi.
Ja nienawidzę. 


Po pierwszej wizycie w tym miejscu postanowiłam nigdy do niego nie wracać. Obecnie jestem trzeci raz w Stanach i nawet loty ustawiam sobie tak, żeby omijać Nowy Jork z daleko i nie mieć w nim nawet przesiadek. Nie odnajduję tu atmosfery sprzyjającej artystom, inspiracji, a wręcz przeciwnie odrzuca mnie nijakość tego miejsca. Jak dla mnie to jedyne miejsce, gdzie przy tak wielkiej liczbie różnych mniejszości, nie znaleziono wspólnego podłoża. Tu jakby przechodziło się z jednej enklawy do drugiej, tyle, że w każdej witają cię tak samo wrogo i nieprzyjaźnie. Być może to jest ich wspólne podłoże. 


Jak dla mnie Nowy Jork wcale nie jest taki jak z filmów, owszem budynki te same, ale coś jakby nie gra. To prawdziwe miasto, a tak bardzo sztuczne i na pokaz.


Ale po kolei, do Nowego Jorku dostaniemy się na jedno z trzech lotnisk. Jest lotnisko JFK (centrum), La Guardia (Queens, nieco daleko) oraz lotnisko w Newark (New Jersey, daleko w cholerę). Obecnie często możemy znaleźć promocje na loty, na przykład na stronie fly4freeNowy Jork to pięć okręgów, czyli Manhattan, Queens, Brooklyn, Bronx i Staten Island. Pierwszym punktem do zwiedzenia jest oczywiście Empire State Building. Wjazd na najwyższe piętro kosztuje 50$. Jesteś turystą? Płać! Ale co zrobić, jeśli finanse nam na to nie pozwalają? Połowę z tego zapłacimy wjeżdżając na  budynek Rockefeller, widoki prawie te same, a być może nawet lepsze, bo mamy budynek Empire State na zdjęciach. Tutaj zdjęcie z dołu.


Do Statuy Wolności popłyniemy za około 20$ wodną taksówką. Tam możemy spędzić cały dzień, bo nie ma określonego czasu ważności biletu. Ale na wysepce nie ma za bardzo co robić i po godzinie, dwóch, jeśli nie wzięliśmy rodziny, koca i kosza z jedzeniem i nie zamierzamy piknikować pod symbolem miasta, to mamy dosyć. Z wyspy zrobimy zdjęcia typu skyline Manhattanu. 



W miejscu WTC stoi obecnie wieża wolności (Freedom Tower), a tuż obok Muzeum 9/11. Spacerkiem możemy przejść się do Wall Street, gdzie nie ma nic, oprócz większej ilości budynków i jeszcze więcej rozeźlonych panów w garniturach. Podjechać możemy do Central Parku metrem. Trzeba pamiętać, że aby poruszać się po mieście należy zakupić kartę i ładować ją, bo inaczej nigdzie nie pojedziemy. A że na piechotę nie da się wszystkiego zwiedzić, to trzeba sobie takie coś wpisać w listę wydatków. Metro, które w zależności od dzielnicy jest podziemne albo nadziemne, dojeżdża wszędzie. Należy pamiętać jednak, że ułatwienia dla niepełnosprawnych, a przy czym również dla turystów z wielkimi bagażami znajdują się tylko na większych stacjach na Manhattanie, potem... radźcie sobie sami. Central Park to miejsce pełne zakamarków i zieleni. Bardzo ładne, urokliwe i chyba jedyne, które bardzo mi się podobało. Co rusz, pełno jest sportowców, natkniemy się na różne festiwale, odnajdziemy rzeźby, jak na przykład pomnik króla polskiego Władysława II Jagiełły, ufundowany przez amerykańską Polonię. Znajdziemy tu również mozaikę 'Imagine', która znajduję się przy polach truskawkowych (Strawberry Fields).



W Nowym Jorku znajduje się tysiące miejsc, które warto odwiedzić (galerie, wystawy, itd.), jest tysiące rzeczy, które można robić. Wiadomo, że jeśli nie jedziemy tam na pół roku, to nie uda nam się "zaliczyć" całej listy. Tu Grand Central oraz nowojorska biblioteka publiczna.



Mam znajomego, który jeździ tylko do Nowego Jorku i nic innego w  ogromnych i różnorodnych Stanach nie zwiedził i nawet nie chce. NY w zupełności mu wystarczy. Ze mną jest zupełnie na odwrót. Chcę zwiedzić całą resztę, a to, co zobaczyłam w NY w zupełności mi wystarczy.