sobota, 13 czerwca 2015

miami, floryda, stany zjednoczone

Gdy pierwszy raz wyjechałam do Stanów, miałam jeden cel - zobaczyć wszystkie miasta z serii CSI. Udało się to i dużo więcej, mimo, że Miami leżało daleko poza przewidzianą trasą. Pracowałam w północnej Kalifornii, więc do Las Vegas było blisko, a Nowy Jork było miastem mojego wylotu, a Miami gdzieś tam na południowym cypelku. Ale udało się, dzięki tanim połączeniom krajowym. Zwracam jednak uwagę, że jeśli gdzieś lecicie w Stanach, nie wybierajcie najtańszej linii Spirit, która jest spóźnialska, niedbała i droższa niż się wydaje. W każdej innej linii zapłacicie 25$ za bagaż, w tej 45$, masa ukrytych kosztów. Lepiej na początku dopłacić 10$ różnicy, bo o tyle się różnią ceny lotów, a potem nie płakać, nie denerwować się i pieklić. Na lotnisku od razu możemy kupić karty na autobusy, więc ułatwienie niesamowite, zwłaszcza, że pracownicy lotniska pomogą. Pierwszą rzeczą, którą poczujemy po wyjściu z chłodnego budynku lotniska będzie podmuch ciepłego powietrza. Drogie Panie, nie warto prostować włosów, bo w pięć minut w skutek wilgotnego powietrza, będzie jedna wielka szopa. Prosto z lotniska pojechałam prosto na plażę, by choć na chwilę zanurzyć się w ciepłej, krystalicznej wodzie oceanu. 


Co zwiedzić w Miami? Park Narodowy Everglades, gdzie poobserwować można aligatory. Niestety, czas nie pozwolił mi, żeby na taką wycieczkę pojechać, ale oferty takich wycieczek są obecne wszędzie. Poza tym do zwiedzenia... nie ma kompletnie nic. W tym zakątku świat mało co się działo. Wszystkie budynki były budowane raczej na jedno kopyto. Można udać się jeszcze do dzielnicy Calle 8 (czyli ósma ulica) i zapalić prawdziwe kubańskie cygaro. 


Można przejść się deptakiem. Pospacerować po okolicy. Schować się przed nagłą ulewą. I zaobserwować, że średnia wieku jest tu dużo wyższa niż gdzie indziej. Jest to związane z tym, że na starość dużo osób przeprowadza się do stanu Floryda, by dożyć tam swoich dni.