czwartek, 2 lipca 2015

niagara, stany zjednoczone

Jeśli kiedyś zwiedzaliście jakieś miejsce, wymarzone, upragnione od dłuższego czasu, a przy tym było ono słynne, znane z jakiegoś filmu czy reklam i mieliście to uczucie zawodu, że to jednak nie jest to na co liczyliście, to tak właśnie jest z wodospadami Niagara. Są duże, piękne i jak zawsze, natura broni się sama, ale... no właśnie, podczas gdy wodospady w brazylijskim Foz de Iguacu można oglądać z naturalnych tarasów widokowych (oprócz dwóch miejsc) przy minimalnej interwencji człowieka, to Niagara jest już całkowicie pod kontrolą człowieka. Jadąc tam spodziewałam się dzikiej natury, małych ścieżek, przemykających gdzieś tam w pobliżu wielkiej wody, w sumie, tak jak jest to pokazane na filmach. A tu dwa ogromne miasta, jedno amerykańskie, drugie kanadyjskie, których nijak nie da się przeoczyć, albo przynajmniej zatuszować.


Niagarę możemy zwiedzić od strony amerykańskiej, gdzie znajduje się wielka winda w dół, oraz od strony kanadyjskiej, która podobno jest ładniejsza. Jeśli chcecie zwiedzić obie, trzeba pamiętać, że do Stanów Zjednoczonych bez wizy nijak nie wjedziemy, natomiast na terytorium Kanady już tak, ale tylko na paszporcie wydanym po 2006 roku. Wycieczkę możemy również wykupić w jednym z wielu biur podróży. Rejs stateczkiem pod wodospad również możemy załatwić na miejscu po wystaniu długiego czasu w ogromnej kolejce. Dostaniemy pelerynkę, żeby fryzury się nie zniszczyły i selfie dobrze wyszło.