sobota, 22 sierpnia 2015

columbus, stany zjednoczone

Columbus to miasto, w którym nic nie ma. Coś jak moje cudowne Katowice. Ale to tylko pozorny stan rzeczy. To miłe i przyjemne miasto, które, jeśli ma się przewodnika-tubylca to zawsze znajdzie się coś do roboty. Co więcej, tak jak Kato, na każdym kroku widać przebudowę. A to znaczy, że coś się dzieje, ktoś o to dba. Tradycyjnie, spacer zaczęłam od brzegu rzeki, gdzie jednak wszystko było rozkopane, i trochę to wyglądało tak, jakby na siłę próbowali zawrócić rzekę. Co jak na US wcale by mnie nie zaskoczyło. Uwielbiam Stany Zjednoczone, ale niektóre ich rozwiązania uważam za dziwne. 


Nie ma tu starówki. Jest natomiast starsza dzielnica, w której znajdziemy stary browar. Nie wiadomo czy jeszcze się tam coś produkuje. Nawet jeśli nie, to mnóstwo jest w tej dzielnicy barów, które wyglądają na drogie i nowomodne. Nie mój styl. Niedaleko browaru stoi młot. Pomnik młota. Ogromny. Fotogeniczny?



Zaraz koło centrum naukowego, do którego jest nieziemska kolejka, a które może okazać się super zabawą dla najmłodszych, jako, że wszystko jest interaktywne, stoi najdziwniejszy pomnik, jaki kiedykolwiek widziałam. Jest to pomnik... byłego gubernatora Kalifornii, a także najbardziej znanego kulturysty wszech czasów, czyli terminatora, Arnolda Schwarzeneggera. Dlaczego tam? Poszukałam, poczytałam. Otóż tam odbywa się konkurs organizowany przez byłego gubernatora, który z jakiegoś względu uwielbia to miasto. Terminator nie może się mylić. Jedźcie do Columbus w Ohio!