poniedziałek, 5 października 2015

dallas, stany zjednoczone

Muszę przyznać, że im więcej jeżdżę, tym mniejszą ochotę mam w ogóle wjeżdżać do miast, ale jako, że nie jestem kierowcą, a żadne autobusy nie jeżdżą od parku narodowego do jakiejś skały na pustkowiu, to miasta są nieuniknione. Więc troszkę marudziłam, że ja jednak bym wolała gdzieś na jakimś ranczu się zatrzymać, konno pojeździć, poczuć tą atmosferę i przestrzeń, a przede wszystkim potwierdzić stereotypy o Teksasie. No bo przecież Teksas to kowboje! Nigdy-nie-zsiadający z koni panowie z wielkim kapeluszem, butami-kowbojkami i flanelowe koszule. Na własne oczy nie widziałam, ale kupiłam taką pocztówkę, więc to musi być prawda :) Ale zamiast rancza skończyło się na Dallas. Miasto duże i jak każde inne. 

 To chyba najbrzydszy budynek na świecie, a na pewno w Stanach.


Na tą wieżę można wjechać za $16, u góry znajduje się restauracja. Od miejscowych dowiedziałam się, że najlepiej przyjechać nocą, bo niedawno miasto zainwestowało w nowe oświetlenie, i dlatego jest taki drogi wjazd na górę. Gdy odjedziemy trochę od centrum znajdziemy sklepy z przecenionymi gadżetami kowbojskimi. Co ma się nijak do miasta, bo jak zakupimy cały ekwipunek, łącznie z zdobionym paskiem, kamizelką i gwiazdką szeryfa, to przecież nie wsiądziemy na konia i nie odjedziemy w siną dal. 

Oczywiście trzeba podjechać pod memoriał JFK, który znajduje się blisko miejsca, gdzie ówczesny prezydent został zastrzelony. Radzę uzbroić się w cierpliwość, bo miejsca parkingowego nie znajdziemy w ogóle, albo 3 kilometry od celu.


Największą dla mnie rozrywką w Teksasie było wyjście na piwo z miejscowymi. Są bardzo prości i sympatyczni, a przy tym nieziemsko zadufani w sobie. No i jedzenie Tex-Mex czyli połączenie smaków Meksyku i Teksasu (swoją drogą, będącego niegdyś częścią Meksyku).