sobota, 10 października 2015

nowy orlean, stany zjednoczone

Myślicie, że umiecie imprezować? Że nie byłoby szaleństwa, którego nie zrobiliście, drinka, którego nie wypiliście? Ja tak myślałam (o głupia ja), a potem zawitałam do Nowego Orleanu...
Już nie chodzi nawet o słynną francuską dzielnica, która tętni życiem o każdej porze dnia i nocy, ale o atmosferę całego miasta. Zwiedzanie zaczęłam od... statku parowego. Pamiętacie te opisy statków w książkach o Tomku Sawyerze i Hucku Finnie? W Nowym Orleanie kursuje ostatni już prawdziwy statek parowy (reszta to podróby :)) po królowej amerykańskich rzek, Mississippi. I co prawda jeśli spodziewacie się, że popłyniecie tak jak Tomek Sawyer wśród drzew, to się zawiedziecie, bo statek wypływa na szerokie wody rzeki. Widoki są mierne, widać za to cały skyline Nowego Orleanu, a jak ktoś spostrzegawczy to wypatrzy parę perełek podczas rejsu. Na statku można zjeść różne potrawy, jeśli wykupiliśmy opcję z lunchem, jeśli nie to nie jest to duży wydatek (takie rejs kosztuje około 30-40$) za dwie godziny. Możemy spróbować aligatora (zjadłam, pyszna kiełbaska, trochę ostra, ale tak widocznie była przyrządzona) oraz napić się piwa bądź innego drinka za zbójecką cenę (0,33 to wydatek około 5$). I jak to wszędzie w Nowym Orleanie (dobra, w turystycznych częściach miasta) gra orkiestra jazzowa na żywo. Proponuję wyjść jednak na pokład i poczuć krople wody na twarzy, które spadną na nas, gdy ustawimy się za silnikiem parowym, napędzającym statek (jestem przekonana, że nazywa się to inaczej, ale ja specjalistą od statków nie jestem i w dodatku chyba każdy wie o co chodzi) oraz dać się ogłuszyć hałasem, który wydaje z siebie statek. 





Na statku znajduje się również sklepik z pamiątkami, (nie, nie kupujemy sobie aligatora) gdzie kupiłam tacie płytę z muzyką jazzową prosto z ulic Nowego Orleanu. Na muzyce też się nie znam, więc skorzystałam z rady specjalisty i zakupiłam płytę muzyka Richarda Scotta (dla ciekawskich). Piszę o tym dlatego, bo podczas spaceru przez francuska dzielnicę natrafiłam właśnie na niego! Grał w barze Fritzel's i udało mi się uzyskać jego autograf na płycie, a znajoma zagrała z nim nawet jeden utwór. Warto przejść się spacerem po wszystkich ulicach francuskiej dzielnicy, a nie tylko po ulicy burbońskiej. 

 Za 5$ dowiemy się o swojej przyszłości



Nowy Orlean to chyba pierwsze miasto, które odradza turystom... picia alkoholu. Wraz z zakupem lokalnego drinka o nazwie Horny Gator (Napalony Aligator) bądź Hand Grenade (Granat) dostajemy ulotkę z informacją, że drink jest słodki, ale bardzo mocny i nie należy pić więcej jak dwa, góra trzy. Nawet naczynie, z którego sączymy drinka ma złowieszczy uśmiech.


To drinki już mamy, co robić dalej? Drag queen show? A dobra, czemu nie?! Za 15$ płacimy za wstęp i wraz z publicznością, która z niewiadomej mi przyczyny składała się w 90% z samych kobiet, bawimy się patrząc na występy kolejnych diw. Można robić zdjęcia, trzeba dawać napiwki i czemu nie, pić dalej. Po show, idziemy na górę po schodach, do baru, gdzie śpiewamy okropną piosenkę na karaoke (piosenka nie jest zła, to nasze wykonanie ją taką uczyniło) i wychodzimy na balkon, gdzie czekają już na nas koraliki. Koraliki? Że co? No tak. W Nowym Orleanie jest taka tradycja, że ludzie na balkonie mają koraliki, które wyglądają jak te nasze na choinkę, i zrzucają je ludziom przechadzającym się po ulicy za drobną opłatę, lub bardziej przysługę. By zebrać koraliki trzeba... pokazać cycki! I to nie tylko kobiety, zasada dotyczy i kobiet i mężczyzn. Ale kto na dobrą sprawę chce oglądać męskie cycki? Nie wszyscy turyści o tym wiedzą, ale chodzi głównie o dobrą zabawę. Jak w życiu :)