czwartek, 15 października 2015

san antonio, stany zjednoczone

Tak mi było śpieszno do Nowego Orleanu, że zapomniałam opisać krótkiej podróży do San Antonio. Domyślam, że nigdy byśmy tam nie pojechali, gdyby nie to, że główny kierowca bardzo chciał pokazać na spływ rzeką. Nie jakieś ekstremalne przeżycie, które chciałam sobie wyobrażać z kaskiem, wiosłem i kamizelką ratunkową, ale bardziej z piwkiem i w oponce. Podobno może to trwać po 4 godziny, myśmy jednak po godzinie dali za wygraną. Fajna zabawa, ale cóż... trochę nudna. Zaraz blisko miejsca, gdzie byliśmy była mała miejscowość San Antonio. Mała, ale za to turystyczna! Ogrom turystów wymuszał na nas tylko 'przepraszam. przepraszam!', żeby przejść. Czasem trzeba było użyć nawet łokci. Dlaczego aż tyle ludzi się tam kręci? Tam znajduje się słynne Alamo. To tam, żołnierze teksańscy bronili swojej niepodległości przed Meksykanami pod dowództwem generała Santa Ana. Jest to całkiem rozległy klasztor, który możemy zwiedzić za darmo. Można przejść się również po ogrodzie, ale także po muzeum, znajdującym się wewnątrz. Na miejscu jest również sklepik z pamiątkami (a jakże by inaczej).




Czy to wszystko co możemy zrobić w San Antonio? Otóż nie, ktoś bardzo sprytny postanowił przez środek miasta pociągnąć sztuczny kanał wodny, po którym teraz od czasu do czasu pływają małe łódki napchane turystami, wsłuchującymi się w to, co akurat opowiada przewodnik. Bardzo popularny jest też spacer nad kanałem. Malownicze mosty, mariachi, tysiące budek z pamiątkami, lody o dziwnych smakach oraz restauracje, specjalizujące się w kuchni Tex-Mex. Nie wiem, do mnie jakoś to nie przemówiło.




Jeśli macie czas, a ja go nie miałam, ani też nie miałam siły przebicia w aucie, to może warto pojechać na pole bitwy pod San Jacinto, gdzie walczyli również Polacy o wolność Teksasu. Bo nas, przecież, wszędzie musi być pełno.