środa, 2 grudnia 2015

camp w stanach zjednoczonych

Przyznam, że gdy jechałam pierwszy raz do Stanów to moim celem było tylko zwiedzanie, no bo przecież Stany! Te dziesięć tygodni pracy, które miały nastąpić przed, to tylko praca i w sumie w ogóle na to nie zwracałam uwagi. Popracuję i będę zwiedzać. I wiem, że wielu to tak odbiera. Ale, gdy już przyjechałam na miejsce, to się zakochałam! (choć dziesięcio-tygodniowe odseparowanie od ludzi i "prawdziwego świata" sprzyja również romansom, to nie do końca to mam na myśli) Zakochałam się w miejscu, w jego magii, w ludziach i chyba to dało mi niezwykle pozytywne wyobrażenie o Stanach Zjednoczonych i jestem gotowa go bronić jak lwica. Tak więc za drugim i trzecim razem (a także czwartym w 2016, bo dostałam potwierdzenie, że znowu zostanę przyjęta do pracy) jechałam już na camp, a zwiedzanie stało się dodatkiem. Dlaczego? Bo praca jest ciężka, ale wynagrodzeniem są nie tylko pieniądze, ale także 10 tygodni wolności. Zdarza się, że jesteśmy odcięci od internetu, mieszkamy w namiotach, które każdy próbuje na swój sposób przyozdobić i zrobić z nich prawdziwy dom (w moim namiocie było już mega łóżko na trzy osoby z krat, w których przywożono nam jedzenie, szafki z tego samego materiału, stolik, a raz nawet mysz, bynajmniej zaproszona), jest zimno, a nocami wręcz zamarzamy, to nigdzie nie muszę się spieszyć, mogę być sobą, a ludzie są inspirujący i wiele się nauczyłam. 

Długo nie byłam przyjmowana i obawiałam się, że nie zostanę w ogóle przydzielona i nigdzie nie pojadę, a tu nagle przychodzi wiadomość, że wybrał mnie camp... w Kalifornii. Czyli marzenia spełniły się podwójnie. I teraz powiecie, że jak to, że było zimno. No było, Kalifornia, a jednak to co zapakowałam to swetry, długie spodnie i kurtkę. Camp znajduje się w górach, a nocą może zejść do 7-10 stopni Celsjusza. Więc jeśli góry, to nieziemskie widoki.

spacer w chmurach

Nie będę kłamała, że praca też była prawdziwym rajem na ziemi. Nie była. Zdarzało się, że płakałam, zdarzały się osoby, które uprzykrzały codzienne wstawanie, jednego lata codziennie wstawałam o 5.30 rano, co dla śpiocha jak ja było nie lada wyzwaniem, ale poskutkowało i do tej pory wstaje raczej rano. Ale zdarzało się też, że dzieciaki pisały do nas wiersze, w których dziękowały za pracę, w pracy poznałam najlepszą przyjaciółkę. Coś za coś. 



Camp to świetna zabawa! Spróbowałam rzeczy, których w życiu nie miałabym szansy, i nie chodzi tylko o jedzenie. Strzelałam z łuku, wspinałam się, jeździłam na górskiej deskorolce, nauczyłam się szydełkować. 


Ale przede wszystkim spotkałam ludzi, którzy zainspirowali mnie do zmian na lepsze.