poniedziałek, 1 lutego 2016

trójmiasto, polska

Dzieje się! Po zwiedzeniu paru turystycznych miast w Polsce, byłam zaskoczona trójmiastem. Napięty grafik, trzeba kombinować i być całkiem elastycznym, żeby zwiedzić i zobaczyć wszystko co się chce. Do tego przeróżne spotkania kulturalne i kulinarne, po których trzeba poluzować spodnie i rozpiąć pasek. Na wagę po powrocie nie odważyłam się wejść. 

Trójmiasto, którego części składniowe to Gdańsk, Gdynia i Sopot, warto zwiedzać razem. Komunikacja między trzema miastami jest szybka, działa sprawnie (ja przynajmniej nie mam powodu do narzekań) i jest tania. W przeciwieństwie do wszystkiego co turystyczne w tym rejonie (też nie narzekam, bo z miejscową wszędzie chodziłam, co na pewno pomogło zaoszczędzić mi dużo pieniędzy). Ale do rzeczy, każde z tych miast ma coś w sobie. Chociaż przyznam się, że tego czegoś nie odkryłam w Sopocie. Tak jak Gdańsk mnie zachwycił, a Gdynia zrelaksowała, tak Sopot jest nieznośny. Ogrom ludzi, a właściwie turystów (czasem nie da się ich zaliczyć do ludzi) zapełniają każdy metr kwadratowy miasta. Bo każdy musi zobaczyć Krzywy Domek, gdzie podobno świetne imprezy (no jestem przekonana, że również rujnujące kieszeń) i milowa kolejka do kasy, żeby kupić bilet na molo. 


Jak najszybciej uciekamy. Do Gdyni, gdzie widoki są piękne, a molo za darmo. Fajnie jest kumplować się z miejscowym, bo zna różne miejsca. Ja zostałam zabrana do opuszczonego sanatorium (uwaga, wejście jest wzbronione, ale mało kto się tym przejmuje, oprócz nas było tam jeszcze parę innych grup "zwiedzających"), które robi wrażenie, a zwiedza się je lepiej niż niejedno muzeum. Piękne graffiti, wszędzie potłuczone szkło, korytarze rodem z horroru i widok z dachu na morze. Za niedługo przestanie jednak to być miejsce do zwiedzania, ponieważ planowana jest budowa, czy raczej odbudowa tego miejsca.


widok z opuszczonego sanatorium

Obowiązkowy również spacer plażą i wdychanie jodu. Do morza nie wchodziłam, bo było zdecydowanie za zimno. Ale myślę, że nawet gdyby grzało to nie weszłabym. Polskie morze zawsze wydawało mi się takie trochę brudne i zimne, chociaż na pewno sporo w tym przesady. 

molo w Gdyni takie puste


Jednak moim ulubionym miastem z trójmiasta jest zdecydowanie Gdańsk. To chyba tutaj skupiają się co fajniejsze imprezy, a co za tym idzie, co fajniejsi ludzie. Obowiązkowy oczywiście spacer na starówce. Odradzam paniom zakładać na taki spacer obcasy, bo łatwiej chyba na Rysy wejść w szpilkach. Punkty obowiązkowe to Neptun i jego fontanna oraz Żuraw. Choć mnie bardziej niż Neptun zachwyciła fontanna z lwami, gdzie dużo dzieci miało niesamowitą frajdę, bo fontanna jest raczej ogólnodostępna i można się pluskać. 

Neptun wraz z samolotem Wizzaira

cztery lwy pilnujące małej fontanny

spacer po brzegu

Żuraw

Tutaj też jest ogrom turystów, ale miasto jest dużo lepiej przygotowane na ich odbiór niż Sopot. Tysiące restauracji, pubów i knajp, a w tym moja ulubiona, która mieści się w starej łodzi i jest, a przynajmniej była, ponieważ ostatnio ją przeniesiono, blisko starówki. Pub Zejman to najbardziej autentyczny pub, przynajmniej dla mnie, i przy okazji muzeum, gdzie można napić się razem z prawdziwymi marynarzami miejscowego piwa. I iść dalej. Kupimy tu bursztyny, ręcznie robioną biżuterię i czemu nie, zamówmy sobie portret, albo karykaturę. 


Jest jeszcze parę miejsc w Gdańsku, które z czystym sumieniem mogę polecić. Warto zwiedzić stocznię gdańską i poduczyć się trochę o historii. Niedaleko akurat odbywał się gdański zlot food trucków i tam miałam okazję po raz pierwszy być na takiej imprezie, i od tego czasu nie przegapiłam ani jednego zlotu w rodzimych Katowicach. Dla tych, którzy z ideą nie są zapoznani, jest to miejsce, gdzie wszystkie małe i znaczące samochody z jedzeniem pojawiają się w jednym czasie, i można chodzić i jeść. Po zdrowych hamburgerach lub burrito, spróbować zapiekanek, albo panini, które możemy popić lemoniadą i przegryźć tostami lub frytkami belgijskimi. Na deser zjeść lody lub cudowne naleśniki. Atmosfera jest fajna, bo są leżaki, na których możemy chwilę odpocząć i pomyśleć, co zjeść następne. Zewsząd gra muzyka, a wszyscy są uśmiechnięci. Na koniec już, jeśli odjeżdżamy z dworca kolejowego, to możemy zawsze trochę podejść pod górę (i zgubić parę kalorii, co będzie niezbędne po takiej wyżerce) i spojrzeć na krzyż (to akurat mniej mnie interesuje), ale przede wszystkim na piękną panoramę miasta.



Korzystając jeszcze z okazji, chciałam podziękować za cudownie spędzony czas i przypomnieć, że cały czas czekam na wizytę w Katowicach :)