poniedziałek, 23 maja 2016

dzień drugi wycieczki rowerowej, polska

Rano 1 maja wyskakujemy z łóżek szybko i gotowe do drogi. Nie ma sensu szukać sklepu we wsi, więc jedziemy pierwsze dziesięć kilometrów do Braniewa, gdzie w GPS-ie wpisujemy nie Zamek, a Żabka, która była w ten dzień otwarta. Kupujemy zapasy wody i ruszamy dalej. Nie mamy dzisiaj dużo kilometrów do zrobienia, ale miałyśmy nauczkę wczoraj, gdy droga okazała się bardziej pagórkowata niż zakładałyśmy początkowo. Mimo, że Google Maps mówi, że dzisiejsza trasa jest "przeważnie płaska" to już wiemy, że ufać mu nie wolno. 


Droga do Braniewa okazuje się płaska, szlak Green Velo prowadzi na specjalny nasyp, gdzie nie jesteśmy niepokojone przez żadne auta, a widok na malutkie stawy mamy doskonały. Nie ma za ciepło, więc wkładamy na siebie wszystko, bo wygląda jakby miało padać. 





Już za Braniewem trasa się zmienia i jak zwykle jedziemy w górę. Nie są to jednak już podjazdy, a potem z górki, żeby można było się rozpędzić na następną górkę. To żmudne szosy, które cały czas upierdliwie pną się w górę, a my żmudnie pedałujemy, a efektów nie widać. W pewnym momencie ogarnia mnie wrażenie, że nie posuwam się w ogóle do przodu. Mojej przyjaciółki, która jeździ szybciej, nie widać wcale. Więc każdy taki wjazd biorę na trzy razy, robię zdjęcia, odpoczywam i dalej. Aż do momentu, gdy mija mnie grupa pięciu wiekowych rowerzystów. Zawzięłam się i dogoniłam przyjaciółkę. 




Po przerwie zostało nam szesnaście kilometrów. Ustalamy, że jedziemy najpierw sześć, a potem dziesięć. Jak zwykle trochę się rozdzieliłyśmy, ale to ja mam mapę, więc umawiamy się zawsze na rozstajach, że czekamy na siebie. Nagle GPS krzyczy, że w prawo, a przyjaciółki nie ma! Historia byłaby mało interesująca, gdyby nie to, że telefon na wyczerpaniu, jej telefon uparcie powtarza, że "użytkownik jest niedostępny", a jej nigdzie nie ma. W sumie obie drogi kiepskie, bo obie do góry, więc decyduję się na to, z której będę miała lepszy widok i próbuję ją wypatrzeć. Kiepsko poszło. W końcu, zatrzymuję samochody i pytam, czy widzieli jakąś rowerzystkę. Wszyscy kręcą głową, że nie, a ja zaczynam się porządnie martwić. Jeden kierowca mówi, że widział jak odpoczywa na trawie kawałeczek stąd. No to kolejna górka przede mną, ale widzę, że zjeżdża już na dół. Któryś z kierowców wypatrzył ją, zlitował się i poinformował, że nie tędy droga. Nauczki, z tej historii nie wyciągnęłyśmy żadnej, bo dalej jeździłyśmy raczej osobno, na miarę możliwości każdej. Nawet nie mądre po szkodzie.



Został już kawałek do miasteczka, w którym postanowiłyśmy nocować. Droga jest straszna, pełna żwiru, który wyskakuje spod kół prosto w nogi (siniaków nie mogłam się doliczyć pod koniec dnia), auta jeżdżą. Ale udaje nam się dotrzeć. Koniec języka za przewodnika, więc wypytujemy miejscowych, gdzie dobrze zjeść. Knajpa na całe miasteczko jest jedna, a gdy tam docieramy... facet śpiewa w pustej sali, wystrojonej jak na wesele. Troszkę dziwnie, ale wyboru nie mamy. Okazuje się, że faktycznie będzie tu impreza, ale możemy zjeść na zewnątrz. Zgadzamy się, dostajemy ogromne porcje, a do nas dołącza małżeństwo również na rowerach. Razem raźniej. Kończymy jednak szybko, bo impreza się zaczęła i muzyka dudni na całe osiedle. Jeszcze zakupy, prysznic i wieczór przed telewizorem. Akurat trafiamy na komedię, która nie wymaga od nas za dużo myślenia i po której szybko zasypiamy. Jutro najtrudniejsza (według Google Maps) i najdłuższa trasa.