poniedziałek, 16 maja 2016

dzień pierwszy wycieczki rowerowej, polska

Pierwsze co, to źle obliczyłyśmy trasę na dzisiaj (tj.29 kwiecień). Miało być około 57 kilometrów, a pod koniec dnia dowiadujemy się, że przejechałyśmy ponad 65 km. Patrzymy po mapach, te podają jeszcze inną liczbę. Na każdy dzień wrzucam mapę naszej trasy z ilością kilometrów i czasem jazdy (wg Google Maps). Nie wiem jak to obliczają, bo jak jeszcze kilometry były mniej więcej zbliżone (mniej, bo poprzez gubienie się i siebie nawzajem, dojazdy do hoteli wyszło nam ciut więcej niż na mapie), tak czas przejazdu miał się nijak do tego rzeczywistego. Chyba liczą, że fruniesz, albo Twój rower ma silnik. 


Po nieprzespanej nocy w pociągu, ociągamy się trochę z wyjazdem, ale w końcu wsiadamy na rower i ej!... te sakwy były dużo lżejsze! Jakby ktoś nam spakował po kilka kamieni dodatkowo. No ale nie ma wybacz, jedziemy. Najpierw trochę turystyki. W Elblągu żadna z nas nie była, więc jedziemy na starówkę. Bardzo ładna, piękne domki, ale jeszcze nie obudzona do życia, bo mało ludzi. Wpisujemy więc trasę w GPS i jedziemy. I nadchodzi pierwsze zdziwienie. Tu wszędzie są pagórki, wyżyny, wzniesienia, a jeziora nie widać żadnego. I w końcu, dość brutalnie, dociera do nas, że w szkole na geografii nas okłamywano. Warmia i Mazury to nie same jeziora, ale także wyżyny. I nam tylko przez te wyżyny będzie teraz jechać. Do rzeczywistej krainy jezior nie dojeżdżamy, bo nie mamy na to czasu. Rowerów jest na trasie pełno, trasa jest lekko zakorkowana. Ale miło się jedzie, wszyscy wypytujemy się nawzajem o cel podróży i inne detale. Na Green Velo pełno jest MOR-ów, czyli miejsc, gdzie rowerzyści mogą odpocząć. Początkowo jesteśmy nieśmiałe, widząc te tłumy (przy jednym pali się nawet ognisko... o 11 rano) i odpoczywamy sobie raczej gdzie na poboczach. Trasa jest piękna, zdarza się nawet, że jeździmy w dół (głównie jednak w górę), co sprawia, że czujemy się ekstremalnie, zakręty, kamienie, korzenie, uskoki - a to wszystko pędząc 40 km/h, zaraz się to jednak uspokaja i znowu pod górkę. Bardzo chcę wjeżdżać, ale ciało niedostosowane, i krótko po starcie zaczyna boleć mnie kolano. Tak bardzo, że daję za wygraną i pcham rower ku ogólnej uciesze innych rowerzystów. Nie przyszło mi nic innego jak śmiać się razem z nimi. 


Stary Rynek

W Elblągu


Dojeżdżamy do Suchacza, od teraz będziemy jechać tuż koło Zalewu Wiślańskiego. Piękny widok, ale wieje i ubieramy na siebie wszystkie warstwy. Nie chcę za dużo narzekać, bo trasa się w końcu wyrównuje, ale to z czego jest zrobiona, sprawia, że mam ochotę wyć. Małe prostokąty z wydrążonymi dwunastoma dziurami, których nie sposób ominąć, więc rower, mimo, że ma amortyzatory, najeżdża na nie non stop, przez co czuję jak mózg obija mi się po czaszce. I tak przez kolejne sześć kilometrów.





Powoli zmęczenie nas powala. Jedziemy na rybkę do Fromborka. Porcja ogromna, obiad nie kosztuje więcej jak 30 złotych,a jest bardzo smaczny i bez zastanowienia jedziemy dalej. Ja już byłam tak zmęczona, że pedałowałam już tylko mechanicznie, byle do przodu, licząc, że w końcu dojadę. Za mną przy okazji parę psów biegnie, najwidoczniej czują kabanosy w plecaku. 



Frombork, zamek...

... i pomnik Kopernika

W końcu dojeżdżamy do kwatery w Nowej Pasłęce. Jest to mała wieś. I właśnie wtedy przypomina nam się, że wody zostało nam niewiele, a jutro sklepy zamknięte. Jedyny sklep we wsi - było już po 18 - oczywiście zamknięty. Problem rozwiązany, odnajmujemy czajnik w pokoiku i gotujemy wodę, żeby wypić cokolwiek. Prysznic i spać. Coś tam próbujemy jeszcze gadać, ale wkrótce obie odpływamy. W końcu, możemy pospać!