poniedziałek, 6 czerwca 2016

dzień czwarty wycieczki rowerowej, polska

Wczoraj był nasz ostatni dzień na szlaku Green Velo, ale wycieczka trwa dalej, a my mamy jeszcze niecałe 100 kilometrów do zrobienia. Co prawda, obawiamy się, że teraz droga będzie prowadziła jedynie drogą, a nie wsiami i łąkami, ale niepotrzebnie, bo trasa jest fajna, oprócz tych okropnych pagórków, i ciągle spotykamy na niej rowerzystów. Natykamy się nawet na miłą parę, która od dwóch dni jedzie za nami i która o nas słyszała z opowieści innych, których spotkaliśmy. Stałyśmy się takie sławne!


Rano spokojnie idziemy najpierw na śniadanko, wliczone w cenę. Pani robi nam specjalnie jajecznicę, a my przezorne bierzemy po jabłku na drogę. Przykro mi opuszczać tak wygodny hotel, zwłaszcza, że ten następny na zdjęciach nie prezentuje się najlepiej. Żegnamy się jeszcze z dwoma rowerzystami, z którymi od dwóch dni non stop się mijamy, bo jadą w innym kierunku. Droga, jak zwykle, zaczyna się od ostrej jazdy w górę. Jakoś mnie już to nie zaskakuje. Jedziemy chwilę asfaltem, by zaraz zjechać w las i pnąc się ciągle do góry (naprawdę, gdybym wiedziała, że tutaj tyle pagórków, to bym bliżej w Beskidy pojechała) mijamy dwa jeziora. To chyba pierwsze, na które natykamy się na Mazurach. Nie zatrzymujemy się długo, bo dostępu do nich za bardzo nie ma. 


Trasa dzisiaj krótsza, ale idzie nam powoli. Cały czas pod górkę. Żeby był jeszcze podjazd, i z górki, tutaj jest długo i mozolnie pod górę, na trochę trasa się wyrównuje... żeby za chwilę znów pod górę. Myślałam, że takie trasy zostawiłyśmy z sobą razem z końcem drugiego dnia, ale te do Olsztyna jednak są dużo gorsze. Powoli zaczyna boleć mnie kolano. Jednak za dużo nie potrenowałam przed wyjazdem i teraz żałuję. Robimy przerwę. To chyba moja ulubiona część wycieczki. Zajadamy się, uzupełniamy płyny i mam w końcu czas by robić zdjęcia!

Chwilkę z górki...

... żeby zaraz znów było pod górkę.



Pod koniec trasy zjeżdżamy na drogę asfaltową. Już blisko do Olsztyna i to się czuje. Samochody pędzą obok, łącznie z policją, GPS zaczyna nam wariować i robimy trochę dodatkowych kilometrów jeżdżąc w kółko. Powtarza się to również, gdy dojeżdżamy do miasta. Musimy pytać ludzi o drogę, na co kiwają głową, że daleko jeszcze! Widocznie dwa kilometry to obecnie daleko dla ludzi. Gdy w końcu docieramy, widzimy nasz hostel-hotel, tuż obok Wysokiej Bramy. Nie wiadomo za bardzo, bo gdy rezerwowałam to był to hotel. Na budynku jest napisane hotel, ale wyżej wielkie litery głoszą, że to hostel. Choć domyślamy się, że musiał być zdegradowany do roli hostelu, bo literka s jest mocno ściśnięta między o i t. Wysoka Brama zaprasza nas na starówkę, ale najpierw trzeba doprowadzić wygląd do stanu przynajmniej jako-takiego. Zaczyna się cudowanie, najpierw wnoszę bagaże, przyjaciółka siedzi z rowerami przed. Potem trzeba wnieść rowery na pierwsze piętro, gdzie tym razem są przechowywane w palarni. Łazienkę mamy dzieloną, ale dużo pokoi stoi pustych, więc to nie problem, mamy całą dla siebie. Potem zwiedzamy Olsztyn, czyli idziemy jeść. Jak dobrze jest chodzić! Ryneczek ładny, dużo turystów, śpiewaków i kolejek po lody. W końcu kupuję pierwszą i jedyną pocztówkę z całej wycieczki. Szukamy czegoś do zjedzenia, ale żadna nie ma ochoty na pizzę ani na obiad za 60 złotych. Trafiamy na właściwe rozwiązanie - bar mleczny. Gdy dojeżdżałam do szkoły zawsze mijałam jeden taki bar, i dzień w dzień niesamowicie od niego cuchnęło. Ten w Olsztynie jednak jest zadbany, udekorowany i pełen ludzi. Obiad wychodzi nas mniej niż 20 złotych razem z koktajlem, a na dodatek mamy ładny widok na rzekę, gdy jemy. Postanawiamy zjeść tu rano. Chodzimy jeszcze chwilę po Olsztynie, jemy lody, ale zmęczenie nas morzy, wracam do hostelu-hotelu i ja odpływam w krainę snów jeszcze przed dziewiątą.


Pies pogardził najpierw resztkami naszej pizzy, a potem postanowił... nasikać na mój rower. Niedoczekanie!