poniedziałek, 13 czerwca 2016

dzień piąty wycieczki rowerowej, polska

Dzisiaj (tj. 4 maja) mamy do zrobienia tylko trzydzieści kilometrów, więc decydujemy się pospać dłużej i zjeść śniadanie w naszym ulubionym barze mlecznym. Jako, że dzień wcześniej zasypiam po dobranocce, wstaję już o szóstej rano i tylko przewracam się z boku na bok. Bar czynny od dziewiątej, więc dopiero o ósmej wychodzimy z łóżek. Kolano przez noc nie przestało boleć, więc smaruję, owijam i szprycuję się środkami przeciwbólowymi. Jakoś to będzie. 


Początkowo przejazd przez miasto, potem skręcamy w las, jedziemy równolegle z torami, a zza zakrętu wyłania się nam droga krajowa 51. Obie nie dowierzamy, że musimy nią jechać, na spokojną ścieżkę rowerową to bynajmniej nie wygląda. Wjeżdżamy i dostajemy zawrotnej prędkości. Pedałujemy ile sił w nogach byle wydostać się z tej okropnej drogi, gdzie kierowcy mają nas w głębokim poważaniu i zdarza się, że nie przestrzegają przepisów i pędzą obok nas, nie zachowując odpowiedniej odległości. W końcu zatrzymujemy się w zatoczce, żeby ubrać kamizelki, które do tej pory schowane były głęboko w sakwach. Czyli chcemy wziąć kierowców na policjanta (kolor kamizelki podobny), ale żaden nie daje się nabrać. Powodu dopatruję się w kamizelce mojej przyjaciółki. 


Droga-koszmar wije się i wije, a my mimo, że pedałujemy szybko, cały czas na niej tkwimy. Wokół wszędzie same roboty drogowe, pełno objazdów i mijających nas ciężarówek. Nie muszę dodawać, że doświadczenie przerażające. Są dwa zjazdy po spokojnych wsiach, gdzie drogi są jeszcze poniemieckie, z małych kamieni. Jazda po nich sprawia, że dudni mi w głowie do tej pory. Cieszymy się już jednak, że zostawiamy drogę krajową 51 za nami. W końcu gubimy trochę drogę, wybiega na nas pies gospodarza, a za nim sam gospodarz, który kieruje nas na właściwą ścieżkę i pozwala przejechać przez gospodarstwo. Pies powąchał i odpuścił. Niby pięć kilometrów zostało, a nic o tym nie świadczy. Przed nami, już bez zaskoczenia, wyrastają kolejne pagórki. Wjazd na nie byłby trudny dla profesjonalistów. wczorajsza ulewa dała o sobie znać, wszędzie pełno błota. Rezygnuję, zsiadam z roweru i pcham go do przodu. Przy okazji przejeżdżamy przez Amerykę. Teraz puszę się jak paw, bo mogę powiedzieć (i nie skłamać), że przejechałam rowerem Amerykę. O tym, że jest to mała wieś na północy Polski, już nie muszę wspominać. 

Ameryka po polsku

Trasa zrobiła się lepsza, a wkrótce zobaczyłyśmy znak na fabrykę Tymbarku, która mieści się właśnie w Olsztynku, naszym miejscu docelowym. W pięć minut byłyśmy już w centrum, a że do pociągu zostało nam trochę, poszłyśmy zjeść. Zrobiłyśmy obowiązkowe zdjęcie, ale wyglądamy tak okropnie, że nie mam odwagi go tutaj wstawić. 

Za tydzień zapraszam na wnioski końcowe.