poniedziałek, 20 czerwca 2016

podsumowanie wycieczki rowerowej, polska

Wiem, trochę już było tych postów o rowerach, ale ciągle coś mi się przypomina nowego. Podsumuję to dzisiaj, i nigdy więcej już o tym nie wspomnę. Obiecuję. Wycieczka w liczbach: 269 przejechanych kilometrów, 4 noclegi, 64 siniaki na moich nogach i 60 odwiedzonych wsi i miast, z czego najfajniejsze nazwy to Kwiatkowo, Lelkowo, Zezuj i Ameryka.
Dzisiejszy post podzieliłam na parę punktów:

  • Przewóz rowerów

Żeby dojechać na Warmię z Katowic musiałyśmy przewieźć rowery pociągiem (o opcji z busami już pisałam). PKP Intercity reklamuje się, że posiada w wagonach haki, na których rowery zawiesza się, a te nikomu nie przeszkadzają i swobodnie można się przemieszczać. Co więcej, rowerzystę nie umieszczają gdzieś w innym wagonie, ale blisko roweru, tak, że może na niego patrzeć. No cóż, nie zawsze bywa tak różowo, a z przyjaciółką byłyśmy bardziej przerażone wsiadaniem do pociągu z rowerami niż jazdą rowerem tyle kilometrów. Czekały nas przesiadki, po jednej w każdą stronę. W pierwszym pociągu źle wsiadłyśmy. Dobry wagon, ale wejście nie te, więc trzeba było rower przez cały wagon przepchać. Sakwy miałyśmy zdjęte już wcześniej (większość rowerzystów tego nie robi, ale nie podniosłybyśmy rowerów z sakwami), więc jakoś poszło. Wszystkie haki zajęte, ale chłopaki miłe, więc nam pomogli. Na całe pomieszczenie dla rowerów są trzy haki, a rowerów w końcu jest osiem, bo jeszcze parę się dosiada. Dużo kombinowania, ale jakoś weszło. Od razu domyślamy się, że PKP nie prowadzi żadnego rejestru na ilość sprzedanych biletów na rower (kupione wcześniej kosztują 9,10zł). Przy wysiadaniu mamy mały problem, niektóre rowery się blokują, a konduktor już gwiżdże na odjazd. My we wrzask, że jeszcze wsiadają i wysiadają, więc dostało nam się od konduktora, że mieliśmy się wcześniej zbierać. Ciekawe jak. Nie ma miejsca, żeby wyprowadzić pięć rowerów, a poza tym, kiedy mieliśmy się szykować, w Łodzi? Drugi pociąg już jest wyposażony w przynajmniej dziesięć haków, wsiada się lepiej, a konduktorka nam nawet pomaga dźwignąć rowery. Z powrotem też było już lepiej, bo wypracowałyśmy swój system. Wielkie zdziwienie przychodzi natomiast w modnym Pendolino - jedynie dwa haki na cały pociąg. Szczęście, że jedziemy tylko we dwójkę. 


  • Green Velo

Szlak jest oznaczony całkiem dobrze. Czasami znikają nam pomarańczowe tabliczki na parę kilometrów, a potem znowu nagle się pojawiają. Domyślam się, że to akurat nasza wina, bo jedziemy według własnego GPS-u, który nie zawsze pokazuje trasę zgodną tą z Green Velo. Trasy są trochę wymagające jak dla mnie, ale często jest płasko, więc można czerpać z tego dużo przyjemności. Trasa jest edukacyjna i kulturowa, dużo można poznać. Choć czasami mamy wrażenie, że niektóre drogi zostały wybrane na zasadzie rymowanki, bo jakościowo proszą się o remont. Co więcej, jeśli napiszecie na maila do Green Velo możecie otrzymać bezpłatnie mapy szlaku (płatne jest za przesyłkę) lub naklejki. 


  • Pogoda

Z pogodą było zabawnie. Wszyscy wokół straszyli nas, że będzie padać. Przez to zrezygnowałyśmy z namiotów i wykupiłyśmy noclegi. Nastawiałyśmy się już psychicznie na okropną pogodę, a tymczasem deszcz złapał nas dopiero czwartego dnia przez dziesięć minut. Nie była to nawet ulew tylko mżawka. Drugiego dnia wyglądało też jakby miało padać, ale chmury trochę postraszyły, a deszcz nie spadł. Za to piątego dnia było tak gorąco, że spaliłyśmy sobie nosy i ręce podczas gdy Katowice tonęły w deszczu.

  • Ludzie na szlaku

Coś co nas na pewno zaskoczyło byli ludzie na szlaku. Nie dość, że wszyscy się pozdrawiali, to byli niesamowicie życzliwi. Wiele osób nam pomogło przy pompowaniu opon, przy wyborze trasy, dzielili się z nami radami, polecali miejsca i przekąski. Pierwszy odcinek trasy jest dosyć popularny, więc jedzie się sympatycznie w grupie, za to jest problem, żeby iść z potrzebą, bo nie wiadomo, kto i kiedy wyskoczy zza krzaka. Potem już się przerzedza i często same pedałowałyśmy godzinami. 

  • Fauna i flora

Podobno tylko na Warmii i Mazurach drzewa rosną tuż przy drodze, co tworzy piękny efekt tunelu wzdłuż drogi. Łatwiej za to o wypadek. Szlak jest wytyczony przez pola, łąki, lasy, czasem udaje nam się nawet zobaczyć jakiś większy zbiornik wodny. Coś, co nam towarzyszy jednak przez całą trasę jest niesamowita ilość bocianów, które mają po parę gniazd w każdej wsi i nie zamykają im się dzioby, przez co przypomina nam się piosenka z przedszkola "Kle, kle boćku". 


  • Noclegi

Noclegi mamy już wszędzie zamówione odpowiednio w: Nowej Pasłęce ("Kwatera Wodnik"), Pieniężnie ("Hotelik Hermes"), Lidzbarku Warmińskim ("Hotel Kopernik") oraz Olsztynie ("Hostel Wysoka Brama"). Za wszystkie płacimy po 230 złote na głowę, więc nie ma źle. Oczywiście, można taniej, bo zdarza się, że można przespać się w domach pielgrzyma, na parafiach lub zajazdach. Jednak ze względu na okres - majówka - bałyśmy się, że wszystko będzie pozajmowane, więc wszystko wcześniej zarezerwowałyśmy. Nie wiem jak moja przyjaciółka, ale ja nie żałuję. Większość z noclegów okazała się wygodna i przytulna, a właściciele mili. Nasze rowery również nie musiały nocować gdzieś na zewnątrz, tylko zawsze znalazł się kawałek miejsca pod dachem - a to garaż, a to suszarnia, a to palarnia. 

A oto cała nasza trasa, którą zrobiłyśmy (bez gubienia się) podczas majówki 2016 roku. Mam nadzieję, że wkrótce znów wyruszymy w trasę.