poniedziałek, 10 października 2016

miasto duchów i tęczowe wodospady, roadtrip, dzień dziesiąty, stany zjednoczone

Do jeziora Mono (Mono Lake) dojeżdżamy wcześnie rano jeszcze nie wybudzone. Jezioro Mono jest bardzo słone, można próbować. Powiedziano nam również, że śmiało można się kąpać, ale jakoś szkoda było psuć te wszystkie mikrosystemy. Wody spróbowałyśmy, nie taka najgorsza. Jednak nie po to przyjechałyśmy, żeby wodę próbować, ale by podziwiać tufowe formacje skalne, które wystają z jeziora wraz z dwoma wulkanicznymi wyspami, co sprawia wrażenie, że Loch Ness wynurza się z wody. Wokół pełno zajęcy, jeden nawet nas śledził i gonił. Nie wiem jak Mono Lake wygląda po południu, czy jest więcej ludzi, ale rano nie było nikogo, dzięki czemu nikt nam nie psuł zdjęć.







Następny nasz przystanek jest bardzo blisko. Bodie - miasto duchów. Żeby tam dojechać, jedziemy wąską drogą pożarową, kamienie nam się sypią spod kół, i tak przez 40 minut. Wstęp kosztuje $8, dokupujemy jeszcze broszurkę z historią miejsca za $2. Jest około godziny 10:00, a już robi się tłoczno. Chodzić po miasteczku można wolno, bez przewodnika, większość domków jest jednak zamknięta, więc zdjęcia robi się przez szybę. Do paru i do kościoła śmiało można wejść. 





Miasteczko przypomina rodem wyjęte z westernu i w głowie się nie mieści, że istnieje już od 1859 roku, a opuszczone zostało w 1942. W czasach świetności mieszkało tu około 7.000 osób, ale miasteczko spłonęło parę razy i wygląda na bardzo małe, zachowało się jedynie 10% z tego, co było tu dawniej (a było przynajmniej 50 salonów!). Najważniejsze dla nas jednak jest to, że wszystko zostało zostawione tak, jak wyglądało w momencie opuszczenia miasteczka. Jest to park stanowy, i pracują tam konserwatorzy nad stanem, natomiast nie jest sztucznie restaurowane czy układane pod turystów.










Już po wyjeździe z miasteczka, zaczynam się cieszyć, bo jedziemy do mojego ulubionego parku narodowego, Yosemite. To raj dla wspinaczy i tych, którzy lubią dziką naturę, przygodę i chodzenie po górach. Nie mamy na tyle czasu, żeby iść na długie trasy, bo dzisiaj również śpimy w łóżku - we Fresno i trzeba tam dojechać. Jedziemy więc główną drogą wewnątrz parku i zatrzymujemy się przy Tuolomne Meadows (Łąkach Tuolomne, plemię indiańskie) i jemy tam lunch na trawie z pięknym widokiem. Przy okazji czytamy broszury o parku. Yosemite był kiedyś częścią ziem indiańskich, a ci tylko gdy wrócili po pewnym czasie w to miejsce załamali tylko ręce nad tym co biały człowiek zrobił z tymi ziemiami. Mimo, że jest to park narodowy, a także jedno z ulubionych miejsc John'a Muir, który walczył aż do śmierci, by zachować dzikość Yosemite i pasma górskiego High Sierra, to wciąż trafiają się przygłupi turyści, którzy wyrzucają śmieci na trawę zamiast do koszy, bo nie chce im się otworzyć zabezpieczenia przed niedźwiedziami, czy dokarmiają dzikie zwierzęta. Dlatego zbierając się z naszego lunchu zbieramy wszystko, co do ostatniego okruszka i idziemy na krótki spacer pod wodospady.







Pniemy się cały czas do góry, tam gdzie leży śnieg, żeby zobaczyć Yosemite z góry. Krótki spacer jest w okolicach Glacier, do którego dosyć długo się jedzie. Ale to co zobaczycie wynagradza wszystko.






Po drodze w parku wstępujemy na pizzę i jedziemy prosto do motelu. Gdy otwieramy drzwi, naszym oczom ukazuje się sceneria żywcem wyjęta z lat osiemdziesiątych z niskobudżetowego horroru. Koszmarna tapeta, jeszcze gorszy dywan, telewizor pudło i telefon, którego nie widziałam od przynajmniej dziesięciu lat - taki do wykręcania numeru. Ale są dwa ogromne łóżka i gorąca woda. A to wszystko czego potrzebujemy.