poniedziałek, 24 października 2016

obóz 2016, wspomnienia, stany zjednoczone

Gdy zostałam zatrudniona kolejny raz na ten sam obóz, dostałam wiadomość z małą niespodzianką - obóz w tym roku będzie trwał o tydzień dłużej, a potem będzie wesele. Pewnej parze tak bardzo spodobała się okolica, że postanowili wynająć cały obóz, łącznie z pracownikami, żeby się pobrać. Wcale im się nie dziwię, za to goście dziwili się bardzo. Nie jest to idealne miejsce dla białej sukni, bo pył jest wszędzie. Do naszych obowiązków leży również sprzątanie powierzchni pokrytych kurzem. Łatwo mówić. Co dwa dni trzeba wszystko przetrzeć, bo warstwa kurzu jest tak gruba, że nie widać nic innego. To samo z ciałem. Nikt już nie kąpie się tam codziennie, bo po wyjściu z prysznica wystarczy przejść 10 metrów i można wracać z powrotem pod prysznic. Brud wżera się w skórę i trudno, trzeba z tym żyć. Moi znajomi się dziwią (i brzydzą) "Ale jak to, kąpać się raz w tygodniu?!". No cóż. Zaoszczędza się wodę i czas, który można spędzić w hamaku.


Obóz znajduje się przy drodze numer 49 między Sattley, a Sierra City. Oczywiście, że nikt nie kojarzy tych nazw, bo nic tam nie ma. No nie do końca. Sierra City jest miejscem, którędy przebiega szlak Pacific Crest Trail (PCT), obecnie już całkiem znany, biegnący od granicy z Meksykiem aż po Kanadę. O miejscowości można usłyszeć w filmie "Dzika Droga" z Reese Witherspoon na podstawie książki Cheryl Strayed. A Sattley to faktycznie dziura. Kiedyś na amerykańskiej imprezie zorganizowanej przez pewien klub w moim rodzinnym mieście, na którą udałam się z odwiedzającą mnie wtedy koleżanką ze Stanów, postanowiłyśmy udawać, że ja również jestem z USA. Gdy zapytano się mnie skąd rzuciłam właśnie Sattley, na co mój rozmówca odezwał się, że owszem kojarzy, że piękne miasto. Nie sądzę. Populacja wynosi 60 osób, sklep jest czynny jak się właścicielowi chce, a ten zazwyczaj siedzi na ławce przed i pali leczniczą marihuanę (innej w Kalifornii nie można, a i na tą trzeba mieć papiery). Ja tam nie mam nic przeciwko mieszkaniu w lesie, nawet wygodniej, zasięgu nie ma, więc nikt mnie nie męczy z żadnymi ofertami, problem natomiast pojawia się, gdy chcemy coś zamówić ze sklepu. W paru sklepach zajmujących się wysyłką internetową odmówiono nam sprzedaży, bo adres wysyłki nie istnieje na mapie. No trudno, oszczędzamy pieniądze. Te można wydać natomiast na coczwartkowym festynie w pobliskim Truckee (ponad 10,000 mieszkańców!), gdzie są oczywiście tańce, muzyka, stoiska, piwo i jedzenie (o tym będzie za tydzień).


Nie jest to również miejsce, gdzie można się nudzić. Moją ulubioną rozrywką było akurat byczenie się w hamaku z książką. Ale gdybym chciała, mogłabym pójść w góry, pojechać na piękne jeziora na kajaki, paddle boarding (duża deska, na której się stoi i wiosłuje) czy po prostu popływać i poskakać do wody. Jest też rzeka Yuba, w której można łowić ryby (potrzebna jest na to licencja) czy balansować kamienie, co podobno jest wielką sztuką. Próbowałam, ale jestem zbyt niecierpliwa. 

Jezioro Donner, które leży niedaleko od Truckee, a z którym wiąże się ciekawa historia z XIX wieku, kiedy to uwięzieni przez śnieżycę ludzie zaczęli zjadać się nawzajem. Istnieje nawet książka kulinarna "Gotuj z Donner Party".

Jezioro Salmon

Jezioro Salmon

Wodospady w Downieville (post o downieville)

Balansowanie kamieni przez profesjonalistów

Rzeka Yuba


Jezioro Tahoe

A gdy brakuje nam emocji to możemy jechać do dużego miasta, Reno, które znajduje się tuż przy granicy Kalifornii z Nevadą, więc znajdziemy tam przede wszystkim kasyna. Reno to takie małe Las Vegas. A także możemy zakosztować trochę amerykańskiej kultury i iść na mecz baseballa, nawet jeśli sport interesuje nas średnio. Drużyna z Reno to Aces i prawie zawsze przegrywa. To nie ma znaczenia akurat. Najważniejsza jest zabawa, nowe znajomości, hot dogi i lejący się strumieniami alkohol. Nawet nie zauważycie co się dzieje na boisku, chyba, że dostaniecie piłką w głowę. A przy zdolnościach piłkarzy z Aces jest to wątpliwe. 


W tym roku również, po raz pierwszy, obóz zrobił nam niespodziankę i wysłał nas razem z dziećmi na spływ na rzece. Zdjęć nie mam, ale wspomnienia świetne. Można skakać ze skał, popływać w rzece, czasem powiosłować, a czasem mocno się trzymać, bo można wypaść. W okolicy znajduje się też mnóstwo barów. Wypad do baru jest zawsze fajny, ale tam mają szafy grające i prawdziwych kowboi za barem. Istnieje nawet miejsce, gdzie kowboje wygłaszają swoje wiersze.


Obóz zleciał szybko, ukoronowanie tego roku było wesele. Na kuchni mieliśmy pełno roboty, od rana do wieczora. Ale piekliśmy bezy, które były uparte i nie chciały wyjść, nadziewaliśmy jagnię, które potem spaliliśmy na popiół. Ogólnie wesele się bardzo udało nawet z kulinarnej strony i państwo młodzi byli bardzo zadowoleni. My również.