sobota, 31 października 2015

downieville, stany zjednoczone

Downieville to mała miejscowość, w której nic nie ma. Nie jest specjalnie celem turystycznym sama w sobie. Szczerze, zanudzilibyście się na śmierć. 
A jednak zdecydowałam się ją opisać. Bo ja tą wiochę uwielbiam. Jedna ulica nie da mi się zgubić, nawet po pijaku. Bar znajduje się na rogu, oczywiście wstęp od 21 roku, wcześniej nie można nawet wejść. Trzy restauracje, w zależności co mamy ochotę zjeść: po meksykańsku (burrito), po włosku (pizza) czy po amerykańsku (hamburgery). Na deser można skusić się na lody, gdzie gałka kosztuje $2 (wiem, szybko przeliczacie i drogo!) ale jedna gałka wygląda jak trzy, które nakładają w Grycanie. szczególnie polecam smak rocky road, czyli lody o smaku czekoladowym z orzechami i... piankami. 




To po takiej uczcie, trzeba spalić kalorie. Choć może nie tak od razu, bo może się źle skończyć. Wystarczy główną drogą dojechać do sądu, i około 100 metrów za sądem znajduje się parking, gdzie spokojnie przebierzemy się w stroje kąpielowe, uzupełnimy zapasy wody (całkowicie za darmo) i niosąc turystyczną lodówkę oraz dmuchanego krokodyla idziemy 5 minut ścieżką i docieramy do magicznego miejsca na skałach. Tam możemy odpocząć, popływać, zrelaksować się pod małym wodospadem lub skoczyć ze skały. 


Rozumiem, że dla niektórych to może być za mało. Dla aktywnych jest pełno górskich tras rowerowych, w zimę tras narto-snowboardowych (ta okolica z tego słynie), a raz w roku odbywają się skoki do wody... na rowerze (dla ciekawskich) podczas konkursu Downieville Classics. Warto wtedy zarezerwować sobie kawałek miejsca na namiot i zostać na całonocnej imprezie, gdy ta jedna jedyna ulica jest zamykana dla samochodów, a ludzie tańczą na ulicy.