poniedziałek, 19 grudnia 2016

tavertet, hiszpania

 Kolejna mała podróż po Kataloni, tym razem w góry. Z grupą ludzi z aplikacji meetup (dzięki której można wybrać się na wycieczki, pograć w gry zawsze w towarzystwie) o godzinie 8:15 spotykamy się w wyznaczonym punkcie i w dużym aucie (jest nas 8) ruszamy w dwugodzinną podróż na północ Katalonii, do Tavertet. Po pewnym czasie drogi robią się kręte, a mój żołądek podjeżdża do gardła. Gdy w końcu udaje nam się dojechać wybiegam z samochodu i uderza we mnie świeże powietrze. Jesteśmy w małej miejscowości, gdzie wszyscy mówią po katalońsku, w kawiarni nie ma nawet menu po hiszpańsku. Po kawie i herbacie ruszamy w trasę, bo przed nami 13 kilometrów.




Trasa idzie wokół wsi. Daleko nie zachodzimy, bo już po 500 metrach rozciąga się przed nami nieziemski widok. W szerokiej dolinie między skałami osiadła mgła i wygląda jakby rozpościerało się przed nami białe morze. Spędzamy tam dobre pół godziny na zdjęciach.




Gdy w końcu ruszamy droga idzie prosto w dół po błocie i ślizgając się i gubiąc parę razy, dochodzimy do skały, gdzie drzewa rosną w dół. Jest również mały wodospad i na upartego można by było zrobić z niego prysznic z zimną wodą.


Suniemy dalej do przodu, przez lasy i błota aż w końcu wychodzimy na skałę. Ścieżka ma niecały metr, z prawej strony lita skała, z lewej krzaki i przepaść. Urządzamy drugie śniadanie z widokiem na las i opalamy się, bo słońce grzeje mocno. Gdy decydujemy się ruszyć dalej, najpierw musimy pokonać 8 metrową drabinę przytwierdzoną do ściany. Przerażające. Cała trasa ma jeszcze jeden piękny widok. Trzeba się wdrapać na skały i widać małe jezioro, gdzie można popływać kajakiem. Później dowiedziałam się, że w tym samym miejscu była kiedyś mała wioska, która zniknęła pod taflą wody. Ale czasami, gdy woda trochę opada, wystaje z nad tafly wody wieża kościoła. Nie mieliśmy jednak w planach schodzić na dół, a zacząć podróż z powrotem do wioski. Zostało nam 5 kilometrów, ale parę razy się zgubiliśmy i trzeba było przejść przez opuszczony dom (wejść do środka i wejśc po starych schodach), w pobliżu którego wolałabym się nie znaleźć w nocy i przejść przez pole pełne krowich placków. A na koniec błoto po kostki. Gdy doszliśmy większość była tak zmęczona, że usnęła w aucie.





Nie koniec przygód na ten dzień. Nagle korek. Auta nie ruszają się nawet o metr. Z pomocą przychodzi internet - wypadek tuż przed nami. To stoimy. Po pewnym czasie gasimy silnik... i oczywiście w tym momencie ruszają auta, oprócz nas. Bo samochód nie chce zapalić. Pchamy aż do stacji, gdzie najpierw czekamy na mechanika, a potem na podwózkę do domu. O 22 docieram do domu i padam na twarz do łóżka, bo następnego dnia do pracy.