poniedziałek, 12 grudnia 2016

sitges, hiszpania

W czasie między straceniem, a znalezieniem nowej pracy miałam parę dni, żeby coś zobaczyć. Wyskoczyłam do kina na nowy film Bayony, pochodziłam po dzielnicach Barcelony, a także pojechałam do małego miasteczka w Katalonii, Sitges. 









Sitges znajduje się w czwartej strefie prowincji, więc łatwo dojechać tam pociągami miejskimi, tzw. rodalies. Bilet w obie strony kosztuje trochę ponad osiem euro. Zaraz po wyjściu ze stacji jest informacja turystyczna, gdzie dostaniemy mapę. Otwarte jest w godzinach hiszpańskich, więc w godzinach sjesty nic nie osiągniemy. Starówka jest bardzo blisko, więc za dużo nie pochodzimy.


Nie jest to duża miejscowość, więc starówka też nie jest duża, ani tak magiczna jak ta w Barcelonie. Ale ma swój urok, szczególnie, że co rusz natykamy się na białe domki z niebieskimi okiennicami, dzięki którym ja poczułam się jak na południu Hiszpanii. 





Najważniejsza jest oczywiście katedra, przed którą rozpościera się plac, a dalej już tylko morze. Wspaniały widok i nie dziwię się, że tyle par wybiera to miejsce, żeby się pobrać. Dalej spacerem przeszłam w stronę starszego kościoła (a przynajmniej na taki wyglądał, bo pamięci do dat nie mam). Tam, całkowicie przez przypadek, weszłam na plan japońskiego filmu. Nie mam pojęcia jakiego, bo nie chcieli mi zdradzić. Ale nie ma co się dziwić, bo widoki piękne, a i pogoda była naprawdę udana. Oczywiście, nie mogłam się powstrzymać, żeby nie zrobić zdjęcia. 


Bardzo spodobały mi się rzeźby kobiet. Znalazłam dwie. Jedna na promenadzie, siedząca, a druga troszkę wyżej przed kościołem. Obie są większe, krągłe, o prawdziwie kobiecych kształtach. Triumf kobiecości.