poniedziałek, 2 stycznia 2017

sylwester w barcelonie, hiszpania

Sylwester w Katalonii nie jest tak ekstremalny jak święta. Choć to zależy, bo wiele rzeczy może się zdarzyć. Ale zacznijmy od początku.

Na początku wszyscy zbierają sę na oficjalnej kolacji. Na stole królują owoce morze i wino. My jednak postanowiliśmy odstąpić trochę od tradycji i do obiadu mieliśmy kurczaka i piwo. W szampańskim nastroju ruszyliśmy na Plac Hiszpański (Plaza Espanya), gdzie spotkało się w tym roku 70 tys. osób. Jest to plac z ogromnym rondem, schodami i muzeum na samym szczycie. To właśnie tam zmierzają turyści, żeby obejrzeć spektakl Magicznych Fontann, czyli muzya i woda. I właśnie gdy dotarliśmy na plac, to muzyka już grała. Mnóstwo osób czekało tylko na północ. Brakowało już tylko 20 minut. 

I nagle fajerwerki, ale jak to, już? Okazało się, że fajerwerki nie są po północy, a przed. Więc nie był to fałszywy start. Trwało to 15 minut. Ostatnie pięć minut przed północą, zaczęliśmy dostawać instrukcje co się za chwilę stanie. Równo gdy wybija północ, Hiszpanie wyciągają... winogrona. Dwanaście winogron je się w ciągu dwunastu uderzeń zegara. Każde winogrono symbolizuje jeden miesiąc. Jeśli uda nam się zjeść wszystkie w danym czasie to czeka nas bogaty i szczęśliwy rok. A jeśli nie, to cóż, tyle winogron ile nam się  nie uda zjeść, tyle będziemy mieć niezbyt udanych miesięcy. Niestety, nie bardzo wiemy które, bo o tym winogronowa tradycja już nam nie mówi. I to jest prawda! Raz nie udało mi się zjeść trzech i trzy miesiące były na prawdę kiepskie. Od tamtej pory jem wszystki choćbym miała się zakrztusić. Co zdarza się bardzo często. Wiele osób ląduje po sylwestrze w szpitalu. Trochę ekstremalnie jednak jest. Dlatego w sklepach obecnie przed sylwestrem sprzedaje się puszeczki z odliczonymi winogronami bez pestek i bez skóry. I dużo łatwiej się to je.

Po winogronach wszyscy składają sobie życzenia, my jako grupa Polaków, jeszcze otwieramy butelkę szampana i każdy kulturalnie po kieliszku. I do domu.

Nie ma żadnej imprezy, koncertu, chyba, że idziemy do klubu, A tam ceny są zawrotne. 60 euro za wstęp do tych większych i bardziej popularnych dyskotek, a w cenie mamy trzy drinki.

Nasza polska grupa znalazła bar, wypiliśmy po piwie i poszliśmy do domu, ale i tak wróciliśmy grubo po trzeciej, a to wszystko, bo wszystkie taksówki byly zajęte. No cóż, te 70 tysięcy ludzi chciało wrócić do domu.

Jeszcze na marginesie, obecnie w Hiszpanii jest piąty poziom zagrożenia atakiem terrorystycznym. Nastepnego dnia w mediach podają, że jak najbardziej były odpowiednie środki bezpieczeństwa podjęte. Że niby odpowiednia ilość policji, obserwacja z powietrza i z ziemii. Szczerze powiedziawszy, policjantów widziałam może dziesięciu, a żadnych dronów ani helikopterów nie było.