poniedziałek, 16 stycznia 2017

transport w barcelonie, hiszpania

Barcelona, wbrew pozorom, nie jest dużym miastem, ale ciężko zwiedzić je w weekend bez jakiegokolwiek biletu na transport komunikacji miejskiej. System jest bardzo dobrze rozwinięty i nie będziemy mieć problemu, żeby dojechać do każdego zabytku, który zaplanowaliśmy zwiedzić. Jeśli przyjeżdzamy na parę dni to czemu nie zaszaleć i nie kupić karty "Hola Barcelona", która pozwala nam korzystać z autobusów, metra i pociągu na lotnisko. Opłaca się, bo bilet pojedynczy kosztuje €2,15. O dziwo, jest to jedna z rzeczy, która staniała w mieście, bo wczesniej kosztował €2,45. Choć ja jeszcze pamiętam jak kosztował €1,70. Można kupić bilet na 10 podróży za €9,95, ale wtedy musimy zaplanować nasze podróże. 

Metro jest bardzo dobrze rozbudowane i wszędzie szybko się dostaniemy. Na każdej stacji znajdziemy mapy metra, żebyśmy wiedzeli gdzie się przesiąść. Najgorsze przejście znajduje się na stacji Passeo de Gracia, gdzie musimy doliczyć jakieś 15 minut na zmianę linii. Końca tam niewidać. Nie wszystkie stacje są dostosowane do użytku osób niepełnosprawych. Z każdym biletem mamy 1:15 godz, żeby się przesiąść. Również z autobusu do metra. Autobusy dojeżdżają wszędzie, ale stoją w korku. 


Miasto i najbliższy region jest podzielony na strefy. Lotnisko i centrum zaliczają się do pierwszej strefy, a Sitges opisane w ostatnim poście do czwartej. Ceny wzrastają z każda strefą. 


Mieszkając w Barcelonie, najlepiej wyrobić sobie kartę na Bicing. Za niecałe €50 możemy korzystać cały rok z rowerów, których stacje znajdziemy na każdym rogu. Pierwsze pół godziny jest za darmo, potem trzeba płacić. Można odłożyć rower i za 10 minut już możemy wziąć następny. Zdarza się niestety, że stacje są pełne i nie możemy odłożyć roweru. Wtedy przykładamy kartę i mamy dodatkowe 10 minut, żeby znaleźć miejsce parkingowe. Na aplikacji wyświetlają się najbliższe stacje wraz z informacją ile rowerów się tam obecnie znajduje. Czasami zdarza się, że rowerów w ogóle nie ma i niestety trzeba iść na następną stację. Nie jest aż tak różowo. Zdarza się, że w dzielnicach pracowniczych wszystkie stacje są pełne. Raz musiałam zaparkować dopiero na siódmej stacji od pracy. Nie muszę wspominać, że spóźniłam się do pracy. Czasem rower też nie jest w najlepszym stanie. Parę razy zdarzyło się, że opona to kapeć, hamulce nie działały, a siodełko obracało się o 360 stopni. Ale większość czasu działają całkiem dobrze.