poniedziałek, 17 kwietnia 2017

ibiza, hiszpania

Kolejna promocja na loty i lecimy na Ibizę, tym razem w rytmie piosenki "We're going to Ibiza" zespołu Vengaboys, znanego w latach 90tych. Okropna piosenka, ale krótki lot. Znowu wynajmujemy auto i mieszkamy w samym środku stolicy Ibizy, Eivissa, również w małym mieszkanku wynajmowanym dla turystów. Również spędzamy jedną noc, a plan jest jak na Majorce - w jeden dzień zwiedzić wyspę, a następnie napić się, wyjść do jednego z najsłynniejszych klubów, a w niedzielę zobaczyć Eivissę i jej słynny zamek. 



Podobnie jak na Majorce, było bardzo mało ludzi. Sezon w marcu jeszcze się nie zaczął i problemem było znalezienie nawet miejsca, żeby się napić herbaty, a co dopiero coś zjeść. Przez dwa jedliśmy w jedynej otwartej restauracji w stolicy wyspy. Nie żałuję, bo jedzenie było bardzo dobre, kelnerki przemiłe za każdym razem, gdy nas widziały i nie uderzyło nas bardzo po kieszeni. Mało turystów, mało mieszkańców, podobno ludzie dopiero teraz zaczynają się zjeżdżać na Ibizę, żeby szukać mieszkań pod wynajem dla turystów. Dosyć przykre było jednak oglądać wszystkie sklepy zamknięte. Tak jakby życie toczyło się tam tylko w trakcie tych czterech miesięcy, gdy świeci słońce.



Pogoda nie była zła. Może nie tak, żeby w kostiumie kąpielowym wylegiwać się na plaży, ale zwykła bomberka wystarczyła, żeby nie zmarznąć. Jak zwykle, przygotowałam się do podróży wcześniej - posprawdzałam gdzie trzeba jechać. I tak z rana, od razu wsiadamy do auta i jedziemy do wioski Sant Joseph, gdzie spędzamy... nie więcej jak pięć minut. Parę białych domków i ładny kościół. Wszystko zamknięte. Łącznie z kościołem. Następnym przystankiem jest Sant Antonio, gdzie wszystko jest pozamykane na cztery spusty, oprócz jednego baru, gdzie przysiedliśmy zjeść śniadanie. 


Troszkę już zrezygnowani, wpadamy na dwie plaże polecane przez znajomych: Bossa i Conte, i tam, rzeczywiście nam się podoba. Wszystko zamknięte, ale ładny widok przynajmniej. Długimi schodami zeszliśmy na plażę, a tam raj. Bar tuż nad morzem. Ceny przystępne, a gdy mocniej fala rozbiła się o skały, to przyjemnie chłodziło twarz. Zasiedzieliśmy się tam chwilę i z powodu pogody, która nagle zaczęła się psuć, wróciliśmy do auta i zwiedziliśmy parę wiosek. Z auta, bo wszystko zamknięte. Zmęczeni i głodni dojechaliśmy do Eivissy, gdzie spędziliśmy dobre pół godziny na znalezienie wyżej wspomnianej otwartej restauracji. Zjedliśmy i do mieszkania na małą sjestę. No cóż, jak się mieszka w obcym kraju, koniec końców, przejmujesz niektóre zwyczaje. 

 



Wysłuchując wcześniej legend o tym jak drogie są wejścia do klubów, poszukaliśmy w internecie - jedyny duży klub otwarty w tym czasie była Pacha. W całej Hiszpanii jest parę dyskotek Pachy, łącznie z Barceloną od paru lat (tylko). Jest to jeden z najbardziej znanych klubów, więc trzeba było iść. Wejście za darmo na listę, więc zapisaliśmy się i idziemy. 3 kilometry, to idziemy piechotą. Wchodzimy do klubu, zostawiamy rzeczy w szatni i siadamy, bo klub jest pusty (oczywiście, jednym z warunków wejścia za darmo na listę jest wcześniejsze pojawienie się). Ale jesteśmy w grupie, znamy się wszyscy jak łyse konie, więc problemu nie ma, bawimy się świetnie. Zwłaszcza, że alkohol nie jest aż taki drogi. Parę słów o alkoholu. W Hiszpanii, żeby się napić, musimy znać trzy słowa: chupito czyli szoty. Ceny to zazwyczaj 2 - 4 euro. Następnie mamy cerveza czyli piwo, okropne i chrzczone, ceny między 2,50 czasem i do 6 euro, po tym mamy koktajle i drinki, ale nazwy są zazwyczaj po angielsku. No i właśnie to co pijemy my w Pacha, cubata. Cubata to też drinki, ale dużo mniej skomplikowane, czyli wódka i redbull, whisky z colą, tequila z sokiem pomarańczowym (mmmm) czy gin z tonikiem. Ceny to zazwyczaj od 6 euro (uważałabym, okropny kac na następny dzień) do 15 euro w klubach. W Pachy w sezonie martwym płacimy 10 euro. Gdy tylko próbowaliśmy się przejść po klubie, witano nas niezbyt miło, obwieszczając, że ta część klubu jest zamknięta. Trochę się pobawiliśmy, klub zaczął się napełniać... więc czas było się zbierać i iść spać, żeby wyjść z mieszkania rano i zwiedzić stolicę.


Rano szybko śniadanie (o tak, w tej samej co wcześniej) i wolny spacer po porcie i po zamku. Widoki piękne i zdjęcia mówią same za siebie. Oj tak, wszystko zamknięte, jeden sklep otwarty z pamiątkami. Weszliśmy (pocztówek nie mieli, moją dopiero kupiłam na lotnisku wyjeżdżając) i po dwóch minutach poinformowano nas, że czas wyjść, bo zamykają na czas sjesty. Zrezygnowani, poddaliśmy się i poszliśmy na plażę. Odpocząć, bo to nam najlepiej wychodzi.