piątek, 20 lutego 2015

ilha comprida, brazylia

Comprida po portugalsku znaczy długa. Ilha Comprida to takie brazylijskie Long Island, a przynajmniej chciałaby. Bez znaczenia, dla mnie i tak to był raj. Spędziłam tam cały miesiąc walcząc z 40 stopniowym upałem, porywistym wiatrem i wkurzeniem, bo gdy tylko wychodziłam z kawiarni, gdzie pomagałam znajomym, to zaczynała się burza, i tyle było z mojego słońca i opalania się. Jeśli już jakimś cudem burzy nie było, szłam na plażę, albo leżałam w hamaku cudownie marnotrawiąc czas. 
Ilha Comprida (długa wyspa)




Nie żeby nie było co robić. Każdego lata (czyli naszej zimy), w styczniu odbywa się tutaj festiwal i w każdy weekend za friko można posłuchać przeróżnej muzyki. Jedna scena jest tuż przy plaży, a druga znajduje się w głębi miasteczka. Ta na plaży jest bardziej dla muzyki popularnej. Mnie udało się zobaczyć Pitty (nie polecam) i O Rappa (polecam). W drugim punkcie można było posłuchać bluesa, i jazzu. 


Na wyspie zazwyczaj nie ma dużo ludzi. Przyjeżdżają na wakacje (styczeń), kiedy to zapełnia się ludźmi na tyle, że brakuje wody. Jest to również czas, gdy turystyka kwitnie, można wynająć rower na 10 osób (powodzenia w prowadzeniu tego giganta), przelecieć małym samolotem nad wyspą (za 80 R$, około 100 zł) lub ku uciesze dzieci pójść na karuzele. Jedna rzecz, którą na pewno będę zawsze pamiętać są owoce. W mieście nie wyglądają one aż tak atrakcyjnie. A tu są duże, soczyste, w pięknych kolorach i ... tanie! Za duże mango zapłacimy około 4 zł, a za takiego dorodnego arbuza 10 zł.