poniedziałek, 13 kwietnia 2015

caceres, malpartida de caceres, hiszpania

Caceres jest maleńkim miasteczkiem w regionie Extremadury, jednym z biedniejszych, jeśli nie najbiedniejszy region Hiszpanii. Spędziłam tam pół roku na swoim Erasmusie i ciężko mi to miejsce określić jednoznacznie. Jako uczelnia, to poziom był na tyle niski, że na zajęcia trzeba było chodzić z najwyższym rokiem, żeby czegokolwiek się nauczyć. Miasteczko małe, ale bliskie natury, więc świeże powietrze tak mnie zbombardowało, że katar dostałam. Na 6 miesięcy, bo się okazało, że to uczulenie na drzewa, które rosną tylko tam.


Oczywiście starówka i stare miasto zachęcało do spacerów, nawet nocnych, bo można było czuć się bardzo bezpiecznie. Choć nocą, gdy wiatr hulał między starymi murami, to ciarki przechodziły, bo brzmiało to jak jęki i wycie. Nie jest to najpopularniejszy cel turystyczny Hiszpanii, ani za bardzo nie ma tam co robić. Jeśli jednak ktoś ma zamiar wybrać się z Madrytu do Lizbony pociągiem, to może wyskoczyć na stacji Caceres, która leży właśnie na linii między tymi dwoma miastami i pobawić w miasteczku jeden dzień. Stare miasto leży trochę pod górkę, więc warto wspiąć się na sam szczyt i wyjść po drugiej stronie, gdzie widać jak stare miasto jest dosłownie odcięte od reszty. Dalej spacerkiem można przejść na szczyt góry, z której rozciera się widok na całe miasteczko.



6 miesięcy zmusiło mnie trochę do szukania miejsc, do których można by pojechać. Dzięki temu zwiedziłam właśnie regiony najbliższe Extremadurze. Jednego dnia wybrałam się do Malpartida de Caceres, które leży bardzo blisko. Jest to w sumie wieś, z rozległymi terenami do spacerów. 


Extremadura to taka starsza Hiszpania, skostniała i zamrożona w czasie. Dialekt jest tak silny, że ciężko zrozumieć co tam sobie mamroczą pod nosem. Ale to właśnie tu, możemy zasmakować tego, czym Hiszpania szczyci się najbardziej i mieć pewność, że jest to autentyczne. Krew z byczka, czy jamon serrano, które osiąga zawrotne ceny, ale za to jak wystawnie wygląda na wystawie sklepowej. Niedaleko mojego miejsca zamieszkania znajdował się sklepik z oryginalnymi produktami, który ... starałam się omijać szerokim łukiem, gdyż zapach był silny i niezbyt przyjemny. Raz odważyłam się wejść, to tylko pasztet z dzika. Znalazłam też pyszne miody (fanką nie jestem, ale w prezencie się przydało) oraz wino z żołędzi, które było gorsze od jakiekolwiek sikacza za 5 zł, a swoje kosztowało. 
Polecam te rejony wszystkim, którzy mają ochotę poznać coś więcej poza wielkimi i popularnymi miastami, którzy mają ochotę na autentyczność. Zanurzcie się w tych skarbach niezmierzonych, jak śpiewała Pocahontas. Ale na jeden dzień wystarczy, nie na pół roku.