środa, 16 grudnia 2015

londyn, anglia

Ja chyba na przekór nie przepadam za miastami, które są takie modne. Tak jak Nowy Jork, Paryż czy Londyn. Nie bawi mnie noszenie flagi Wielkiej Brytanii gdziekolwiek, ani podniecanie się zdjęciami Londynu gdziekolwiek. Byłam raz i wystarczy. Samego Londynu zwiedzać już nie będę, ale za to lotnisko Heathrow, jedno z moich ulubionych, zawsze mam tam przesiadki. To nie jest tak, że teraz pałam nienawiścią do Londynu, podobało mi się, ładne miasto, ale w ogóle nie czuję tego modnego klimatu, ani nie ruszają mnie jego turystyczne wibracje. Dlatego nawet jak są promocje na loty, nawet za 20 złoty, to nie, dziękuję. Gdy leciałam tam na wycieczkę, oczywiście były to również tanie loty z pyrzowickiego lotniska wprost do Luton. A z Luton autobusikiem do Londyny, oczywiście zarezerwowanym z odpowiednim wyprzedzeniem, bo ceny rosną tam z dnia na dzień. 

Zwiedzanie rozpoczęte oczywiście od parlamentu i słynnego Big Bena, a zaraz obok londyńskie oczko, czyli ogromny diabelski młyn. No fajnie, to co robić przez kolejne 4 dni?



Jeden dzień trzeba spędzić w muzeach, które są za darmo, a są ogromne, więc jest jak zapełnić czas. Czuję się jak okropna turystka łażąc od jednej gabloty do drugiej, patrząc na szkielety, mózgi i flaki, i jakoś wiem, że to nie w moim stylu. Czyli, że się okropnie nudzę. Coś tam niby jest interaktywne, ale pożal się Boże. Chociaż budynki popodziwiałam od środka i z zewnątrz i próbowałam sobie przypomnieć, w których filmach już to widziałam. Akurat miałam kartę London Pass (rzadko to kupuję w jakimkolwiek miejscu, musi się na prawdę opłacać), więc przy jednym z muzeów (tych dużych) zwiedziłam sobie Muzeum Komiksu (dla ciekawskich), które było trzy razy mniejsze, ale trzy razy ciekawsze.

London Pass opłaca się, można dostać gdzieś herbatę za darmo, pograć sobie w cybergaja, a także mamy dzięki temu wstępy do przeróżnych miejsc, które wcale nie są takie oczywiste, gdy spoglądamy na top 10 atrakcji Londynu. Zwiedziłam Globe Theatre związany z Szekspirem z przewodnikiem, i o dziwo, słuchałam, bo mówił ciekawie. Nawet się paru rzeczy nauczyłam. Po drodze, trzeba było zahaczyć oczywiście o Tamizę i Tower Bridge. 


Wiem, że jest miliony miejsc w Londynie nieodkrytych, że jest wiele miejsc wart obejrzenia. Ale tak na prawdę, co każdy z nas chce zrobić? Zrobić zdjęcie w czerwonej budce telefonicznej, przejechać czerwonym autobusem, koniecznie z przodu u góry i spróbować autentycznego angielskiego śniadania. Wszystkie trzy rzeczy zaliczyłam, i jak zwykle ponarzekam. W budce śmierdziało moczem, autobus niewygodny, a śniadanie okropne. Co jak co, ale Anglicy na kuchni się nie znają. Fasola, bekon, jajka i (pseudo) kiełbaska. Aż przypomniał mi się mój współlokator z Anglii, który na obiad zjadał zawsze puszkę tuńczyku z majonezem. I niczym więcej. Cóż, co kraj to obyczaj, ale szok kulinarny przeżyłam niezły. 

Również z London Passem można zejść do podziemi mostu londyńskiego i przeżyć upiorne zwiedzanie (dla ciekawskich). Nie lubię się bać. Horrorów nie oglądam z zasady, nawet tych najgłupszych. A gdy już jakiś zdecyduje się obejrzeć to przy świetle dziennym i nigdy sama w domu. Ale kolega bardzo nalegał, więc poszłam na takie zwiedzanie. Jak najszybciej chciałam pozbyć się tego przeżycia z pamięci, więc jedyne co pamiętam to ogromne szczury (mogły być sztuczne, nie zdążyłam zauważyć podczas biegu do wyjścia), parę czaszek, zombie i faceta goniącego mnie z piłą mechaniczną. I minę mojego kumpla, który po wyjściu wyglądał jakby wyszedł z muzeum PRL-owskiej porcelany pani Stasi, podczas gdy ja zastanawiałam się czy jestem ubezpieczona i czy jak zejdę na zawał to moja mama dostanie moje zwłoki. 

Na koniec coś dla fanów Harrego Pottera. Można biegać po mieście i szukać filmowych miejsc, pewnie znajdą się też jakieś typowe miejsca dla fanów. Fanką nie jestem, ale na stację Kings Cross poszłam, i dobra, nawet mam zdjęcie na peronie 9 i 3/4. 


Wiecie co jednak jest najlepsze w Londynie? Zakupy!