poniedziałek, 11 stycznia 2016

lwów, ukraina

Wycieczka do Lwowa była bardzo spontaniczna. Oprócz wycieczek na czeskie i słowackie wioski, na które zabierali mnie zawsze rodzice, to była jedyna, na którą pojechaliśmy razem i tak daleko. A to oznacza, że mogłam mieć 16 lat. Do tej pory pamiętam jednak jakie wrażenie na mnie zrobiła ta malutka cząstka Ukrainy, jedyna zresztą, którą jak do tej pory udało mi się zwiedzić. Była to wycieczka zorganizowana przez jakieś biuro po polskiej stronie, ale chętnych było mało, więc wszyscy zmieściliśmy się do jednego małego busa. Pierwsze co pamiętam to ogromna kolejka samochodów tuż przy granicy. Z obu stron, choć ta na Ukrainę szła odrobinę szybciej niż ta do Polski. Jesteśmy w Europie, ale przewodnik mówi, że do paszportu lepiej włożyć drobną opłatę, żeby cały bus mógł szybko przejechać. I że zdarza się, że jeśli ktoś tego nie zrobi, to jest odsyłany na koniec kolejki tak długo, aż w końcu dorzuci te parę groszy. A my tak długo staliśmy przy przejściu granicznym, że mama zdążyła przekazać mi całą swoją wiedzę na temat alfabetu rosyjskiego. Co potem zmieniło się dla mnie w zabawę i przed każdym sklepem (o ile był czas) stałam pół godziny, próbując odczytać, co tam jest napisane. Mama zapewne żałowała przekazanej mi wiedzy, bo musiała sprawdzać każde przeczytane przeze mnie słowo. Dlatego też nie pamiętam ani jednego słowa przewodnika. 

Uff! Udało nam się przejechać w końcu przez granicę. Następne wspomnienie to dotkliwie odczuwalny stan ukraińskich dróg. U nas jest źle. A tam jest gorzej. Nie wiem czy to pocieszające. (Oczywiście stan rzeczy mógł się zmienić w międzyczasie. To jednak było parę lat temu. Śmiem jednak w to wątpić.) Przekraczamy granicę i dojeżdżamy do Lwowa. 5 sekund po postawieniu stopy na lwowskiej ziemi, zostajemy oblężeni przez ukraińskie przekupy, sprzedające chałwę. Jasne, można się odpędzić i nic nie kupić. Ale po co? Chałwa jest tania i przepyszna. Do tej pory żałuję, że mama nie kupiła zapasu na kolejne trzy lata. 

Lwów był polskim miastem, co czuć. Nie na każdym kroku. Ale tu i ówdzie można usłyszeć bardziej polski język z zaśpiewnym akcentem. Wejść do sklepu polskiego. W restauracji przeczytać menu po polsku. No i dogadać też się można. Proponuję jednak wejść na cmentarz Orląt Lwowskich i poszukać polskich grobów. Są stare, ale ciągle imponują swoim rozmachem. Cmentarz jest też na małym wzniesieniu, więc jest też widok na miasto. 



Jeśli jest jedno miejsce, które mogę polecić w każdym miejscu na ziemi to jest to stare miasto (jeśli jest, oczywiście). A we Lwowie szczególnie warto urządzić mały spacer. Przejść przez cerkwie i kościoły, przez ich magiczne ogrody i warto podziwiać ich architekturę. 



Osobiście nie znoszę nowoczesnych budynków. Wszystko obudowane szkłem i obtoczone w betonie (przepraszam architekta, który mnie czyta, bo wiem, że jest przynajmniej jeden :-) ), dla mnie najpiękniejsze są właśnie te stare budowle, ich odrapane mury i historie, które mogą mi przekazać. Uwielbiam gubić się na takich spacerach i odkrywać dziwne, klimatyczne miejsca. We Lwowie w szczególności zapamiętałam jedną aptekę, która wyglądała jak żywcem wyjęta z "Lalki". 


Koniecznym punktem programu jest miejscowy targ. W tym wieku miałam manię zbierania kolczyków i tanio obłowiłam się w dwie cudowne pary, które do tej pory noszę i przypominają mi to miasto. Ale każdy znajdzie na takim targu coś dla siebie. 



Jedźcie do Lwowa! Nie jest to może najbardziej gorący kierunek wakacji 2016. Znajomi pokiwają głową, z zazdrości raczej nie pękną. Ale to miasto jest na prawdę tego warte, a co najważniejsze nie pociągnie po kieszeni tak bardzo jak modne kierunki. To też trochę skok w przeszłość. Nieduży, ale lepsze to niż budować wehikuł czasu. Kto wie, może i Wam ktoś przekaże wiedzę o alfabecie i spędzicie godziny na odcyfrowywaniu napisów na murach. I nie będzie to dla Was czas stracony.