poniedziałek, 11 kwietnia 2016

budapeszt, węgry

Nigdy wcześniej nie byłam na Węgrzech, ale ciekawiło mnie bardzo, bo podczas pracy w Stanach poznałam parę dziewczyn z tego kraju i ich język mnie zafascynował (i trochę przeraził). I w końcu natrafiła się okazja, ponieważ PolskiBus otworzył nowy kierunek z Krakowa (i Warszawy) do Budapesztu. Nie dość, że jest możliwość wycieczki jednodniowej, bo przyjazd do stolicy Węgier jest o godzinie 5:50 rano, a wyjazd o 23:45, to jeszcze, gdy kupowałam była promocja i jeden bilet w obie strony wyszedł mnie... 16 zł. Drożej zapłaciłam z Katowic do Krakowa niż na trasie Kraków-Budapeszt. Jednodniówka doskonała, ale niestety męcząca. Dwie noce spania w autobusie skończyło się na tym, że po powrocie spałam cały dzień, a i nawet w Budapeszcie zdarzało nam się zasnąć na ławce (obowiązkowo na liście rzeczy, które trzeba zabrać pojawił się Redbull). 


Budapeszt trafił wysoko na moją listę stolic. Nie jest za duży, ale ułatwień dla turystów sporo i już za HUF 1650 (PLN 22) można kupić jednodniowy bilet na komunikację miejską. Ułatwia to dużo zwiedzanie, szczególnie ze względu na to, że dworzec autobusowy, na który przyjeżdżamy jest dosyć daleko od centrum. Pierwszym przystankiem jest Cytadela. Znajduje się koło pięknego mostu (śmiem twierdzić, że jest dużo ładniejszy niż Most Łańcuchowy) oraz hotelu Gellerta. Również Statuę Gellerta znajdziemy na szczycie, z którego roztacza się piękny widok na miasto. Mimo, iż nie należy to do top 10 punktów do zwiedzenia, mnie podobało się tutaj najbardziej.







wczesne godziny poranne (8:00)



klimaty jak z "Władcy Pierścieni"



Następny przystanek to Zamek. Można zejść i wjechać. Zdecydowanie wybrałyśmy opcję wejść i pochodzić trochę po ogrodach, zrobić sobie przerwę, zjeść lunch (i pospać na ławkach), bo żadna z nas nie paliła się, żeby zwiedzać od wewnątrz. 



Po zamku przyszedł czas na Basztę Rybacką. Ciągle było wcześnie, a jednak cały dzień jeszcze nam został, więc dalej na piechotę obok Mostu Łańcuchowego wraz ze słynnymi lwami i dalej pod górę wąskimi uliczkami. 





Baszta zrobiła na mnie bardzo duże wrażenie. Piękna architektura i jakieś takie światło bijące od budynku (słońce odbijało się od białej ściany). Korytarze i przejścia sprawiały, że czułam się jak w krainie elfów, Rivendell. 







Kolejnym punktem na naszej liście była wyspa św. Małgorzaty. Moja imienniczka, więc wydawało mi się to koniecznością. Jednak, jeśli nie wybieracie się tam latem, gdzie na wyspie dzieje się dużo rzeczy, to stanowczo odradzam nadrabianie drogi tak daleko. Mimo, że już była prawie wiosna, drzewa były mało zazielenione, a wyspa po prostu brzydka. Polecam jednak jazdę tramwajami na wyspę. Piękne, żółciutkie i bardzo nowoczesne.



Muszę przyznać, że dla mnie najważniejszym punktem wycieczki był oczywiście parlament, który pojawiał się co jakiś czas, gdy spoglądałam na Budapeszt z góry. Jednak zdecydowałyśmy zostawić go sobie na deser i najstarszą linią metra (żółtą i przeuroczą) pojechałyśmy na Plac Bohaterów, który został zbudowany na tysiąc lecie Węgier. Oprócz ładnej kolumny oraz jednego z najbrzydszych budynków świata, warto zapuścić się trochę za Plac w stronę parku, gdzie stoi fort jak z bajki, a wewnątrz znajdziemy kolorowe budynki oraz pomnik Anonima.







Dobrnęłyśmy szczęśliwie do godziny 15. Czas na jedzenie! O kuchni węgierskiej krążą legendy, ale my już miałyśmy plan. Nasze zgłodniałe brzuchy wypełniłyśmy langoszem. Langosz to placek smażony z drożdży i ciepłego mleka (i innych składników), który w smaku trochę przypomina nasze pączki. Jest podawany jednak nie na słodko, ale na kwaśno - ze śmietaną i serem. Są też inne wersje, ale polecam właśnie tą tradycyjną. Problem pojawia się jednak ze znalezieniem langosza w Budapeszcie. Trafiłyśmy do modnej obecnie dzielnicy - turystycznej, a w restauracjach możemy zjeść pizzę, hipsterskie hamburgery, od czasu do czasu trafia się gulasz, ale langosza ani widu ani słychu. W końcu udało nam się wypatrzyć nasze wymarzone danie za sumę HUF 800 czyli za około 10 zl, czyli dosyć tanio, a jednym takim plackiem spokojnie się najadłyśmy. To teraz czas na nasz deser, czyli parlament. Jest to jeden z najpiękniejszych budynków w Europie. Warto oglądać go jeszcze po stronie Budy, gdzie idealnie uchwycimy cały budynek w kadrze. Co więcej, należy iść i dniem i nocą, gdy ten jest pięknie oświetlony. Po stronie Pesztu natomiast możemy obejrzeć budynek z bliska oraz przyjrzeć się detalom. 






Parlament można zwiedzić również od środka, trzeba natomiast zarezerwować taką wycieczkę dużo wcześniej. Również niedaleko parlamentu znajduje się fotogeniczna rzeźba butów. Jest ona na promenadzie Dunaju, gdyż upamiętnia ona ofiary zestrzelone do rzeki podczas drugiej wojny światowej. Zapala się tu znicze, zostawia kwiaty, a nawet cukierki.





Jednym z najlepszych momentów było jednak wejście do baru, gdzie zaprowadziła nas moja znajoma. Był to również moment naszego największego zmęczenia, więc dużo nam nie trzeba było, żeby wpaść w senny nastrój. Bar jednak zasługuje na uwagę. Znajdziemy tu wszystko, syrenki, krasnale, wiadra zamiast kloszy na lampy, zwisające samochody, wyłącznie samych turystów i dziewczynę z koszykiem marchewek, które serwowała jako przekąski (HUF 200). Wycieczka była bardzo edukacyjna. Moneta jest niemożliwa, a język jeszcze gorszy. Mimo, że z kalkulatorem, to ciężko nam się przeliczało (jest tak jak filologia jedzie na wycieczki) i właściwie nie wiedziałyśmy czy przepłacamy. Z toaletą było tak, że raz zapłaciłyśmy 150 foryntów, raz 180, a raz 200, ale w przeliczeniu zawsze było napisane, że jest to 0,70 euro. Nigdy nie czułam się tak bogata, bo miałam aż 10.000. Niestety, po przeliczeniu nie była to aż taka fajna suma. Na jeden dzień w zupełności starczyło i na jedzenie i na pamiątki (oczywiście, plecaki były wypchane jedzeniem i piciem z góry na dół, tak, żeby dużo na to nie trzeba było wydawać). Zaskoczyło mnie natomiast to, że gdziekolwiek poszłyśmy, to zawsze mogłyśmy się porozumieć po angielsku, mimo, że stereotypy mówią zupełnie co innego. Zdarzały się jednak dziwne słowa.

Ruhak znaczy ubranie.