poniedziałek, 4 kwietnia 2016

stambuł, turcja

Jest taka aplikacja "Cities I've visited", gdzie zaznaczam wszystkie miasta, które odwiedziłam. I ze wszystkich stu osiemdziesięciu, tylko trzy mają serduszka. Są to: Truckee (dla przypomnienia), Barcelona oczywiście (dla przypomnienia i tu) oraz Stambuł. Przyznaję, obecnie nie jest to najbezpieczniejsze miejsce, ale nie dajmy się zastraszyć. Ze Stambułem wiąże się mnóstwo wspomnień, mimo, że byłam tam bardzo krótko, a historia tego jak dojechałam tam, mrozi (tylko mojej mamie) krew w żyłach...


... pojechaliśmy całą paczką na wakacje all inclusive do Bułgarii. Pierwsze i ostatnie w moim życiu. Znudziłam się piciem po trzech dniach i co by tu robić. Nikt nie ma ochoty pojechać na wycieczkę, animacje średnio mnie bawią, dobra, to telefon do znajomego w Turcji, przyjeżdżam! Spakowana na parę dni stoję na przystanku autobusowym, a tu nic nie jedzie. Jedną godzinę, drugą. Zawróciłam, bo w końcu miejscowy mnie uświadomił, że jest niedziela i nic nie przyjedzie. I że generalnie nic nie przyjedzie, bo tu nic nie dojeżdża, a przystanki autobusowe są dla hoteli. Zdeterminowana następnego dnia, idę pieszo pięć kilometrów na przystanek autobusowy w następnej wiosce. Ha! Stoi busik z napisem Warna, czyli najbliższe miasto, z którego na pewno pojedzie coś do Stambułu. Kierowca nie mówi po angielsku ani hiszpańsku, ale trochę po niemiecku. Ja też trochę, więc konwersacja jest powolna, ale owocna, bo obiecuje zawieźć mnie na właściwy dworzec. Wysiadam z busa, i jak na filmie, pustka wokół. Jedyny budynek, rozlatujący się relikt socjalizmu, to dworzec. Wszystkie kasy biletowe zamknięte. Nie zrażam się. Czekam. I czekam. Po upływie godziny, przyjeżdża autobus! I to właściwy, bo jedzie do Stambułu. Wsiadam, zagaduje po angielsku... i tylko widzę przerażone oczy. Kierowca dał znak, że mam wsiąść, a, ku mojemu zaskoczeniu, przysiada się do mnie kobieta, która w tym autobusie pracuje jako stewardessa i powoli na migi dogadujemy się co do ceny i moich danych osobowych. W końcu! Zasypiam, tylko po to, żeby zostać obudzona na granicy, gdzie wszystko jest prześwietlone, a pani stewardessa pcha mnie (jedyną z całego autobusu) do budki z wizami. Teraz ich nie potrzeba, ale wtedy musiałam za nią zapłacić. Trudno, do tej pory pięknie prezentuje się w paszporcie. Około szóstej rano wjeżdżamy na teren Stambułu, a dopiero o ósmej dojeżdżamy na stację. To daje Wam obraz, jak ogromne jest to miasto. 


Nawet ja byłam zaskoczona. Dopiero po latach znalazłam miasto, do którego mogłabym przyrównać wielkością - Sao Paolo. Tylko wielkością, bo oba miasta różnią się bardzo od siebie. Stambuł jest niesamowicie klimatyczny, zapachy, ludzie, zwierzęta, turyści, kolory, to wszystko miesza się ze sobą. Dla domowników nie jest to najlepsze miejsce, ale ja poczułam się od razu jak w domu. To jednak wcale nie znaczy, że nie korzystałam z pomocy miejscowego, który dał mi nocleg, tłumaczył i odpowiadał cierpliwie na wszystkie moje pytania, a także pokazał najważniejsze miejsca. 


Był rejs stateczkiem po Bosforze, wizyty w meczetach, jedzenie kebabu (prawdziwego) i innych smakołyków, a także wejście na wieżę, z której roztaczał się piękny widok na całe miasto. Oprócz miejsc oczywistych jak Haga Sofia czy Błękitny Meczet, to warto podjechać też do dzielnicy Taksim, podobno najbardziej rozrywkowej.



Z jedzenia nie polecam małych, obrzydliwych hamburgerów, zwanych Bambi, które podobno są kultowe, zwłaszcza po całonocnej imprezie. Jechałam do Stambułu pełna obaw i wątpliwości, a przede wszystkim, przykro się przyznać, stereotypów. Wszystkie zostały obalone, choć nie polecam chodzenia w krótkich spodenkach, mimo upalnej pogody i zabójczych 35 stopni. Turcy są niesamowicie otwarci i pomocni, mimo, że z angielskim to raczej kiepsko. Jedzenie jest ostre, do kanapek wsadzane są ostre papryczki, pyszne, ale pieką. A kebab wcale nie wygląda jak nasz, ale jest to po prostu samo mięso nadziewane na patyk. Nasze jest lepsze...


Jak już wspomniałam, moja wizyta była krótka i nie miałam czasu przejechać nawet na azjatycką stronę Stambułu, ale polecić mogę szczególnie jedno miejsce, Kryty Bazar. Jak na bazarze, rzeczy dużo tańsze, a wszystkie zmysły zostaną tutaj zaspokojone. Pstrokate kolory i wzory, zapachy i smaki. wszystko tak piękne, że można spędzić tam cały dzień. Dla siebie kupiłam kolczyki (kiedyś miałam w zwyczaju zbierać kolczyki z każdego miejsca, ale po dwóch latach nie ma już miejsca na nowe pary, więc zadowalam się pocztówkami obecnie) oraz buty. Zwykłe balerinki z pięknymi wzorami, ręcznie robione (więc może nie takie zwykłe). Do tej pory mi służą, a mija już szósty rok. I ani jednego zadrapania, czy wytartej nitki. Dla mnie to stanowi dowód, że rzeczy sprzedawane na tym bazarze są piękne i niezwykłej jakości.