poniedziałek, 21 listopada 2016

ateny, grecja

Ateny są moim Paryżem. Oh, nie w tym sensie, że takie romantyczne. Tylko tak bardzo się zawiodłam. Myślę, że to głównie z powodu moich zbyt wysokich oczekiwań. Moja wizja przed wyjazdem to: atmosfera historyczna i artystyczna, Grecy siedzący w małych knajpkach ze stolikami na zewnątrz, rozprawiający o życiu i zajadającymi się fetą, a gdziekolwiek oko nie padnie tam ruiny, podniszczone kolumny mające swoją długą historię i posągi wszystkich greckich bogów. Prawda, że fajnie? 


Z rzeczywistością jednak ma to mało wspólnego. Atmosfera, która unosi się nad miastem to głównie atmosfera pośpiechu, podobną pamiętam tylko z Nowego Jorku, wszyscy gdzieś pędzą, ogrom ludzi - wiadomo - stolica, hałas klaksonów zagłusza słowa koleżanek, idących u mego boku. Małe knajpki są w dzielnicy Plaka, ale Greków tam nie ma, bo jest turystycznie, a więc za drogo. Parę kolumn stoi, bogów można zobaczyć tylko na koszulkach sprzedawanych turystom. Jak na miasto z taką Historią (specjalnie wielką literą) to zdecydowanie za mało. 




Zamiast ruin są śmieci. Wszechobecne. Bezpańskie psy i koty towarzyszą nam wszędzie. Grecy, mimo, że twierdzą, że mówią po angielsku świetnie, to mówią kiepsko albo wcale. Nie, żeby mi to przeszkadzało, bo próbując odcyfrować ich alfabet bawiłam się świetnie. W ogóle mam problem z tymi Grekami. Tak trąbią o kryzysie, a wszyscy co do jednego siedzą w knajpach (nie w centrum oczywiście) godzinami. I to jest rzecz, która nam się nieziemsko spodobała. Właśnie to siedzenie i nieśpieszne delektowanie się chwilą. Myślę, że czas spędzony przy stoliku był porównywalny do czasu jaki spędziłyśmy śpiąc, a więc całkiem sporo. A to dostałyśmy ciasto z kaszy i z cukru, a to naleweczkę, a to wino do spróbowania. Nie pamiętam kiedy ostatnio spędziłam tyle czasu na rozmowie. A czas płynie. I dobrze, bo poza tym Ateny mają mało do zaproponowania. 

Chodnik w dzielnicy Monastiraki



Jednego dnia wspięłyśmy się na wzgórze Filopappou, z którego rozlega się widok na całe Ateny. I tu zaskoczenie, a przynajmniej dla mnie, bo to naprawdę ogromne miasto. W każdą stronę budynki nie miały końca. Na wzgórzu znajduje się również więzienie Sokratesa, nic tam nie ma, no ale jednak warto zobaczyć. 





Jeśli mogę coś doradzić w sprawie Aten, to na pewno to, żeby jechać tam w ostatni weekend września. Odbywają się wtedy Światowe Dni Dziedzictwa i wstęp na Akropolis i do paru innych obiektów jest za darmo. I dobrze, bo zaoszczędzamy w ten sposób około 30 euro (wstęp na Akropolis to wydatek 20 euro). Mówiąc już o wydatkach, pamiętajmy żeby zachować 6 euro na bilet z i na lotnisko w Atenach (autobus X95) lub jeśli chcemy podróżować w większym tłoku to 10 euro na bilet z i na lotnisko, ale metrem (niebieska linia). My zapomniałyśmy i w sumie nic się nie stało, bo nikt tego nie sprawdzał, ale był to tylko i wyłącznie łut szczęścia. Zwiedzamy jeszcze Agorę, teatr Dionizosa, parę innych ruin, jedziemy do portu i z powrotem, bo tam to już w ogóle nic nie ma, robimy zdjęcia na stadionie olimpijskim, chodzimy nieśpiesznie po dzielnicy Plaka i lądujemy w dzielnicy Monastiraki, gdzie toczy się życie nocne. Polecam tutaj zajść już wieczorem po zachodzie słońca i wjechać do któregoś z barów czy restauracji na dachu budynków (ja byłam w 360), do kolacji czy do drinka będzie nam wtedy towarzyszył widok podświetlonego Partenonu. 







Trochę było dzisiaj marudzenia, ale to sposób w jaki ja odebrałam to miasto. Zastanawiam się, czy gdybym pojechała najpierw do Aten, a potem na Maltę, to czy Grecja zrobiłaby na mnie zupełnie inne wrażenie. Do Grecji chciałabym jeszcze jednak wrócić kiedyś. Tym razem prosto do portu na jakiś rejs po greckich wyspach.