poniedziałek, 14 listopada 2016

rejs statkiem, comino i gozo, malta

To chyba pierwszy rejs po morzu, na jaki kiedykolwiek się wybrałam i bardzo mi się spodobało (jakby ktoś miał ochotę na rejs po greckich wyspach, to ja bardzo chętnie). Co więcej, nie odkryłam w sobie choroby morskiej. Rejs zarezerwowałyśmy w sea experience, natomiast równie dobrze mogłyśmy się rano wybrać do Bugibby i wykupić podobny rejs w jakiejkolwiek innej agencji. Istnieją dwie opcje cenowe - za 25 euro dopłyniemy na Błękitną Lagunę i możemy tam zostać cztery godziny, lub jedną godzinę, a potem na Gozo i zostać w porcie lub samemu ogarnąć drugą co do wielkości wyspę Malty, albo wydać 5 euro więcej i busikiem pozwiedzać Gozo. Opłaciło się wysupłać te dodatkowe 20 złotych, bo komunikacja miejska jest zawsze o czasie... jeśli w ogóle ma zamiar przyjechać. A tak, busik zabrał nas dookoła wyspy do najważniejszych punktów. 



W programie takiego rejsu jest również pływanie po lagunach, skakanie ze statku, oglądanie wraku statku niemieckiego (dno statku jest oszklone, więc można wpatrywać się w dno morza, które jest tu wyjątkowo czyste), skała w kształcie słonia i parę jaskiń, w które statek wpływa. Rejs zaczyna się o 10 (trzeba być o 9:15) i trwa do około godziny 17:30. 


Byłyśmy na statku pierwsze, więc zajęłyśmy sobie bardzo wygodne leżaczki i zaczęłyśmy się opalać. Pierwszym punktem była skała w kształcie słonia oraz jaskinia. Nie można było tam jeszcze pływać, ale woda i tak była obrzydliwie zimna. Kolor morza natomiast był nieziemski. 






Następnie ruszyliśmy na Błękitną Lagunę, gdzie mieliśmy godzinę przerwy. Zeszłyśmy w końcu do wody, ale nici z zanurzenia, bo zasolenie jest dość duże i spokojnie można utrzymać się na powierzchni nawet bez umiejętności pływania. Widoki są piękne. Comino to mniejsza wyspa, na której zameldowane są cztery osoby, w tym jeden policjant i jeden lekarz. Reszta to turyści. Na Comino znajduje się hotel, gdybyście tak mieli ochotę umrzeć z nudów. Po godzinie płyniemy na Gozo, gdzie szybko wsiadamy do busa i już jedziemy do stolicy Gozo - Victorii. Tam mamy godzinę, a przy opieszałości kelnera nie zwiedzamy niczego, bo czekamy głównie na jedzenie. Na statku również można zamówić, ale ceny są kosmiczne, więc to jest godzina, w której coś ciepłego musimy zorganizować. Wszyscy o dziwo są na czas i jedziemy do najważniejszego punktu wycieczki - Okna Azure (Azure Window) formacji skalnej w kształcie właśnie takiego okna. Tutaj mała dygresja. Często słyszę, że "zdążę jeszcze tam pojechać, jak stało trzysta lat to postoi kolejne tyle". No nie do końca, całkiem niedawno runęła podobna formacja skalna, z której znana była plaża w Maroko, a na jej miejscu nie ma nic, bo wody wszystko zdążyły zmyć. Tak jakby nigdy nic tam nie istniało. Nie odkładajmy więc nic na później, bo to że stało sto lat, to nie znaczy, że będzie stać jutro. Po pięknych widokach, jedziemy jeszcze do kościoła, który jest dziwnie osamotniony. Na Malcie w ogóle jest więcej kościołów niż ludzi, co chwila jakiś stoi, a wszystkie budowane są na jedno kopyto. Mieszkańcy są bardzo wierzący, a upust temu dają w budowaniu kapliczek ze świętymi z grymasami na twarzach, bądź pisaniu na murach "Jezus cię obserwuje". Trochę przerażające. Kąpiemy się jeszcze w Krystalicznej Lagunie i płyniemy z powrotem do Bugibby. 







Ale to nie koniec na dzisiaj. Gdzieś w drodze z portu na autobus znajdujemy pedicure w wykonaniu rybek. Już dawno o takim czymś marzyłam, ale w końcu jest w bardzo dostępnej cenie. A jeszcze nam się udało, bo pracuje tam Polka i za 30 minut płacimy 11 euro. Siadamy, zanurzamy stopy i radości nie ma końca.