poniedziałek, 13 marca 2017

podróżujcie, cały świat

Notka o kolejnym muzeum tak naprawdę była już gotowa i czekała na swoją publikację już od środy. Ale zdarzyło się coś, przez co postanowiłam coś bardziej osobistego. Bardziej ode mnie do Was.

Nie oglądam za często telewizji, a tym bardziej wiadomości. Minimum przyjmuję od przyjaciół i rodziny oraz na mediach społecznościowych. Jako, że większość moich polubień zawiera hasztag (#) podróże, to bardzo szybko dowiedziałam się o zawaleniu się Azure Window na wyspie Gozo na Malcie. Niedawno pisałam o tym miejscu, a co więcej, niedawno tam byłam. I tym bardziej nie mogłam uwierzyć, że w nocy z 7 na 8 marca sztorm zabrał tą delikatną konstrukcję na dno morza. Cały świat spodziewał się tego już w 2012, i co jakiś czas odpadały co większe fragmenty, ale przewidywania stały się rzeczywistością. Nie tak całkiem dawno temu stało się to również w Maroku, ale przyznam szczerze, że destrukcja Azure Window była dla mnie gorzką do przełknięcia pigułką. Może to dlatego, że widziałam to na własne oczy, a czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal (czyżby?). A może to dlatego, że gdyby stało się to pół roku wcześniej, nigdy nie mogłabym już tego zobaczyć. 


Czasami dopada mnie refleksja, zwłaszcza, gdy widzę, gdy znajomi bliscy i dalecy zakładają rodziny, mają jedną i stałą pracę i żyją tym życiem wymarzonym przez naszych rodziców. Mam 26 lat. Moja mama w tym wieku urodziła mnie. Ja nawet nie potrafię wprowadzić dziecka w plany na 2020 rok. Nawet takich planów nie mam. Pracę mam - póki co. Już wiem, że tak długo nie wytrzymam i zostawię i wyjadę gdzieś w las. Dopada mnie rutyna, choćby na chwilę i czuję, że coś we mnie umiera. Radość. Niektórzy z moich bliskich martwią się jak sobie poradzę na starość. W Polsce emerytura nigdy mi nie będzie przysługiwać, bo nie pracowałam tam legalnie nawet pół roku. Tu pracuję legalnie, na umowie, ale nie wiem, czy za pół roku nie wpadnę na pomysł półrocznego wolontariatu w Kambodży. Bo tak. I z kolejnej emerytury nici. Przeraża mnie myśl, że muszę teraz harować, by mieć za co leki kupić za 50 lat. Zwłaszcza, że wszystko co zarabiam, wydaję na podróże. Te dalekie i bliskie.

Kiedyś jedna znajoma powiedziała mi, że zazdrości mi, że zwiedzam. Ma dwójkę dzieci. Ale że gdy wychowa dzieci, wtedy zacznie podróżować. Nie wiem, czy ja bym miała na to siłę. Bo kiedy już dzieci będą dorosłe, to ja będę zmęczona. 

Nie wszystko jest takie różowe, gdy chce się podróżować, ale się na tym nie zarabia. (To inna kwestia, czemu nie zarabiam podróżując - przykro mi, nie każdy jest Martyną Wojciechowską czy Cejrowskim.) Z wielu rzeczy trzeba zrezygnować. Opuściłam już parę ślubów moich przyjaciół, parę chrzcin ich dzieci, setki urodzin, parę świąt z rodziną i codzienne życie moich bliskich. Nie mam stałego partnera, bo nie znalazłam nikogo, kto chciałby przeżyć to ze mną. 

Czy jest to warte? Tak. Przykro mi bardzo, ale nie oddałabym ani jednej chwili, ani jednego wspomnienia. Z całym przekonaniem twierdzę, że jeśli miałabym umrzeć jutro, to umarłabym wiedząc, że przeżyłam coś pięknego. Że zapchałam każdą chwilę wspomnieniem. Że nie mogłam zrobić tego lepiej. 

Nie zrozumcie mnie źle, to nie krytyka rodzinnego i stałego trybu życia. Wiem, że są osoby, które odnajdują w tym szczęście. Ja tak nie umiem. I chciałabym, żeby ktokolwiek z Was kiedykolwiek pomyślał, czytając mojego bloga, słuchając moich opowieści czy oglądając moje zdjęcia, że zrobiłby coś podobnego, albo pojechałby gdzieś, zdobył się na odwagę i zrobił to. 


Na zakończenie, muszę dodać cytat, który ostatnio mnie zainspirował. Z książki "Fahrenheit 451":

"Napełniaj oczy cudami - mówił - żyj tak, jak byś miał paść trupem za dziesięć sekund. Oglądaj świat. Jest bardziej fantastyczny niż jakiekolwiek marzenie sporządzane czy opłacane w fabrykach."